Nie ma to jak umówione wyprawy. Zwłaszcza te dla wszystkich. Wyprawy dla wszystkich, jak sama nazwa wskazuje, oznaczają, że wszyscy mogą jechać, że tempo będzie dostosowane do najwolniejszego uczestnika oraz, że każdy da radę. Tym niemniej moje zdziwienie wzbudził pomysł rozwella, który postanowił zorganizować taką wycieczkę dla wszystkich na... Kocierz. Tak, przeczytaliście dobrze - nie wiem czy słowo ,,wycieczka dla wszystkich"" i ""Kocierz"" są logicznie sprzeczne, niemniej jednak tak było. Ciekawskim przypomne, że u nas, sam dojazd do Kocierzy, to około 50 km w jedną stronę - a gdzie tam wyjeżdżanie pod nią (4km pod górę), lub gdzieś dalej...
Umówiona pora. Poranek dnia, który zapowiada się na ciepły. To dobrze, bo zjeżdżając z domu, mam możliwość sprawdzić, czy przetrwam temperaturę, bo u mnie jest z górki parę km. To też kręce szybko, aby sprawdzić, czy ewentualny wiatr o prędkości 40-50 km/h nie popsuje mi uczucia ciepła. Okazuje się, że da się to przeżyć i to jeszcze rano, gdzie jest zimnej. Potem może być już tylko lepiej, bo wszędzie czysty nieboskłon i nie zapowiada się na pogorszenie tego stanu rzeczy, zarówno w prognozach optymistycznych, jak i pesymistycznych, a tych zarówno oficjalnych lub nie.
Na starcie stawiam się ja, rozwell, matek, rudy, jego kuzyn Sebastian, ketsi. W takim o to składzie wyruszamy leniwie na Bolęcin, a potem na Płazę. Ketsi prowadzi ze mną konwersacje pomimo, że chyba naraziłem się jej w konwersacjach przez Internet. Sprawia nawet wrażenie uśmiechniętej-obrażonej, choć z drugiej strony, to pewnie dobra mina do złej gry. Uznaję, że nie będę jej zagadywał często, może ją to męczyć bardziej niż rower. Podczas pierwszego podjazdu, pod Płazę, czyli górkę, która na dzień dobry mówi, kto może jechać dalej w czeluście piekielnej tej wyprawy, a kto powinien się jednak wrócić do domu, do łóżeczka, na papu, z matkiem trochę odłączamy się od grupy i jedziemy szybciej sondując swoją formę. Na bluzie matka zauważam napis żywcem wzięty z karencji dla wyrobów tytoniowych, jednak trochę zmodyfikowany: ,,Życie bez roweru powoduje raka i choroby serca"". Zapamiętajcie to, zanim zechcecie rower sprzedać, wypisać się z tego serwisu, a w ekstremalnych przypadkach - nie daj Boże - wsiąść do samochodu.
Czekamy w Płazie na resztę ekipy, która jedzie trochę wolniej od nas. Przy okazji warto wspomnieć o dwóch sprawach, które mogą być kluczowe na dalszej wycieczce. Na początek śniadanie - sałatka pomidorowo-cebulowo-ogórkowa, czyli moja sałatka tajemnych mocy. Zawsze, gdy zjem takie śniadanie, na wycieczkach mam tyle energii, że nie wiem gdzie ją później rozproszyć. Polecam, choć może taka sałatka tylko na mnie tak działa, bo jestem wegetarianinem - na pewno jednak trawi się szybko i równie szybko zwraca energię w tym procesie, dlatego też Płaza, była niczym prosta jak deska droga.
Druga sprawa dotyczy mojego napędu. Jakoże stary mi się rozpadał, zwłaszcza łańcuch, musiałem dzień wcześniej zrobić coś z tym faktem. U kolegi w sklepie rowerowym (pozdrowienia dla Pawła), wymieniłem łańcuch i kasetę. Na tyle miałem na szybko przy sobie gotówki. Kolega jednak wspomniał, to o czym wiedziałem jedynie z czarnych opowieści bajek dla dzieci bajkerów. Otóż korba, której niewymieniłem (11-12 kkm używania poprzedniego napędu), ma środkową koronkę mocno zjechaną i ten łańcuch, szybko z nią nie podejmie współpracy, o ile w ogóle podejmie. Pod sklepem szybko to sprawdziłem i faktycznie - pod obciążeniem na tej koronce, rzucało niczym w czasie skoku konia przez wysoką przeszkodzę - trzeba się mieć na baczności i najlepiej, na razie, nie używać środkowej koronki.
No i teraz jadę na wycieczkę i muszę o tym pamiętać. Środkowa koronka korby i zdarzenia z nią związane, będą miały wpływ na pewną częśc tej wyprawy. Wróćmy jednak do relacji. W Płazie dołącza do nas reszta ekipy i Kuba, który jak zawsze się spóźnił i bił swoje rekordy pod Płazę. Jakie to rekordy, to pewnie nie zapomni o tym wspomnieć w swojej relacji, która gdzieś tam w czeluściach jego umysłu pewnie szuka drogi do ukazania się na Bikefama. Krótki postój pod sklepem, który obsługuje właściciel, gdyż w takie dni (15 sierpnia - święto), nie wolno nikomu z pracowników kazywać przyjść do pracy.
Przy okazji także warto wspomnieć o tym święcie i odbywających się od wielu lat rytuałach z nim związanych. Chodzi oczywiście o pielgrzymki do Częstochowy. Rokrocznie wielu, bardzo wielu pielgrzymów, rozpoczyna trud wędrówki na Jasną Górę. Czekają ich ból, krew, bo będą szli długo i daleko. My też mamy swój trud - w ciągu całego dnia zrobimy więcej km, aniżeli grupy pielgrzymów z naszych okolić. O ile nie wywrócimy się, ani nic się nie zepsuje, rower nie pozwoli nadwyrężyć naszych stawów skokowych, nie przysporzy ani jednego obdarcia czy bąbla na nodze. Będziemy chronieni przez jego zawieszenie.
Jedziemy więc leniwie na Kocierz - grupa już w pełnym składzie. Do samego Zatora nic się nie dzieje, około 2 km przed Zatorem napotykamy na korek samochodów ciągnący się tam aż do samego Zatora. Omijamy go. Po to jedziemy na rowerach, aby móc to zrobić. Korzystamy z możliwości, że zmieścimy się na drugim pasie wraz z samochodem jadącym z przeciwka. Być może jest to nieprzepisowe - ale nikogo tym nie skrzywdzimy, w razie czego, schowamy się za jakimś samochodem w korku. Takie więc ,,omijanie"" korka udaje się nam płynnie, czasem co bardziej złośliwy kierowcy psioczą coś pod nosem, albo celowo zastawiają trochę drogi, aby pokazać, że skoro on musi stać w korku, to my także. Kierowco wozidła, zwanego samochodem - nie utrudniaj innym życia. Twój pojazd ma wiele zalet i wad, jedną z wad jest to, że Ty musisz postać w korku, bo go nie ominiesz tak jak my, nie zmieścisz się na małej drodze, na drugim pasie z innym samochodem, ani nagle nie schowasz się za żaden samochód, jak tam nie będziesz miał trochę miejsca.
Podobnie do nas robią motocykliści - robią to szybciej, ale motor jest większy, cięższy, ma mniejszy promień skrętu niż rower, to też jest to bardziej ryzykowane, w przypadku, gdyby trzeba było się na szybko schować. Jednak w ten sposób i nam i motocyklistom udaje się ominąć ten korek - pozdrowienia dla życzliwych kierowców samochodów, które stały tam w tym korku i którym to nie przeszkadzało.
W Zatorze nawet na minutę się nie zatrzymujemy - mamy zysk czasowy z powodu ominięcia korka. Jedziemy dalej. Po drodze na Kocierz, pełno rozjechanych kotów, psów, jeży, żab, myszy itp. Liczonych w dziesiątkach. Ketsi lubi koty, to też, celowo prowokuję ją, opowiadając różne historie, jakby to było, jakby mały kotek wkręcił się w szprychy. Głową oczywiście. Oczywiście ze szczegółami. Ketsi wygląda na zdenerwowaną i stwierdza ,,milczmy dalej lepiej!"". To milczymy! Oczywiście jakby ktoś pytał, to ja lubię czarny humor.
Dojedżamy powoli do Andrychowa. W Andrychowie, tuż przed Targanicami, Ketsi stwierdza, że denerwująca jest ta jazda na wprost. Ciągle tylko na wprost i na wprost. Spokojnie. Zaraz Kocierz dostarczy jej dużo zakrętów, które zapamięta. Oczywiście w sklepie (także obsługiwanym przepisowo przez właściciela) uzupełniamy zapasy. Ja jeszcze szukam miejsca do odpryskania się - już znalazłem stertę krzaczorów za sklepem, a tam dwa zgony po imprezie jakiejś leżą. Musiałem więc poszukać gdzieś dalej - nawet znalazłem. O tak, z pustym pęcherzem jednak lepiej się jedzie.
Zbliżamy się do Kocierzy. Napięcie u mnie rośnie, wiem co mnie czeka. To już któryś mój podjazd, pod tego asfaltowego potwora. Trzeba skorzystać z doświadczenia, z poprzednich podjazdów. Kuba na równi z tabliczką ,,Kocierz 4km"" rusza ostro do przodu. Pewnie będzie próbował bić swój rekord. Zanim Matek żwawiej - widać, że nabiera prędkości. Na równi z żółtą tablicą 12% oznaczającą, że ,,aby zobaczyć to pochylenie terenu, należy w ciągu 12 sek wypić 1 l napoju 12%"" i ja ruszam do boju. Już teraz wiem, że Kocierz nie wolno brać za podjazd pod Alwernię. Szacunek musi być. To też zakładam 1-4 i jadę sobie równo 10 km/h. Kuba już zniknął za zakrętem, Matka jeszcze jako tako widzę. Za mną Rudy. Po 1-szym kilometrze jednak nie widzę już nikogo, ani z przodu, ani z tyłu. Jadę spokojnie na 1-4, równiutko, równiuteńko. Cały czas 10 km/h - czasem spadnie do 9 km/h. Nawet na ostrym zakręcie już w dole nikogo nie więcej - do góry lepiej nie patrzę. Wiem, że jest jeszcze dużo pod górę - jadę i nie myślę o podjeździe, a o jakichś pierdołach.
W sumie to im dalej jadę, tym jestem bardziej zdziwiony, jak prosto mi ta jazda idzie. 1-4, 10 km/h - jadę jak po masełku, nie mam pulsometru, ale wiem, że puls 180 ud/minutę, to chyba ani przez sekundę się nie pojawił, a to jest puls oznaczający, że powoli zbliżam się do wyżyn swojej wydolności. I tak mijam kolejne cm, metry, decymetry. Spokojnie, rozważnie, 1-4, 10 km/h. Nie ma mowy, aby mi dobijało do 180 ud/minutę - nawet mi sie stawać na pedałach nie chce, na niektórych zakrętach, to wręcz ziewam. Siedzę na siedzonku, jak przyklejony. Słońce praży coraz mocniej, ciężko znaleźć cień, nie ma na szczęście jakichś poganiaczy (tj. much). Jadę równo, metodycznie pokonując trasę. Wciąż niezmęczony. Wciąż 1-4. Na luzie. O cholera, tak mało w tym sezonie jeździłem, a już wiem, że takiej formy to jeszcze nie miałem. Może to zasługa diety wegetariańskiej? Oj dużo można dyskutować. Dojeżdżam w końcu do ,,naszego"" szczytu, który pozwala odbić w teren. Mój czas podjazdu 21:27. Na szczycie Kuba (15:15) i Matek (19:19). Czekamy na resztę, ja w sumie w ogóle nie zmęczony, Kuba twierdzi, że jechał na 2-4 - tego hardcoru to ja bym się już bał, choć patrząc na zapas mocy, którym dysponowałem i łatwością podjazdu, nie jest to aż tak nierealne dla mnie. Ale nie teraz, może kiedyś. Rudy i Sebastian, czas: 29:33 i 29:34. Rudy oznajmia, że 2 postoje mieli no i jego kuzyn coś strasznie psioczył na te trasę. No fakt, byle kto, pod to bez postoju nie wyjedzie, trzeba to przyznać. Najwięcej jednak czekaliśmy na parę rozwell+Ketsi. Tak, ta Ketsi, którą denerwowała prosta droga. Dostała teraz na swoje. Postojów musieli mieć multum, ich czas: 48:41
A więc wyniki uszeregowane od najlepszego, do najgorszego:
1. Kuba (15:15)
2. Matek (19:19)
3. Annihilator (21:27)
4. Rudy (29:33)
5. Sebastian (29:34)
6. rozwell (48:41)
7. Ketsi (48:41)
Rozwellowi dałem wyższe miejsce, bo pewnie po gentelmeńsku nie jechał szybciej. Koniec z faworyzowaniem kobiet, które nie lubią prostej drogi!
Oczywiście odpoczywamy. Ci, którzy najwcześniej przyjechali, to tego odpoczyku nawet i godzine mogli mieć. Wziąłem sobie krem do opalania z faktorem 50 (jak mam ciemną karnację) i nacieram ręcę, mając przed oczami ten spiek, co mi wycieczka do Pszczyny zafundowała. Rudy też korzysta z tego wynalazku, jakoże jego twarz się trochę buraczana zrobiła. Decydujemy się, uderzać na Leskowiec czerwonym szlakiem, bo to byłaby profanacja wracać tak nagle do domu. Pytamy Ketsi, jako najsłabszą w podjeździe pod Kocierz, co ona na to. Ona nie bawi się w słabą dziewczynkę - woli zacisnąć zęby, przelać pot i łzy, ale jechać. Zapobiegawczo jeszcze pytam ją, czy ma do kogo zadzwonić w domu, aby mógł przyjechać i zabrać ją i rower. ;-)
Ruszamy więc na Leskowiec. Mam tyle energii, że musiałem ich wręcz poganiać, bo siedzieli. Kwestia podjazdu na Leskowiec to kwestia dodatkowej energii (o ile ktoś po Kocierzy ją jeszcze ma) i uważania na złowrogie kamienie na szlaku, które mogą opóźnić podjazd o łatanie lub wymianę dętki w najlepszym wypadku. Niektórzy mają więc swoją pielgrzymkę życia, chyba by woleli jednak na Jasną Górę...
A pod Leskowiec, jak to pod Leskowiec - dużo podjedżania po kamieniach i postojów. Najgorzej radzi sobie chyba Ketsi - ale jakoś sobie radzi. Na szczęście, nic ciekawego w trakcie tego podjeżdżania się nie działo. Parę razy jedynie zlekceważyłem małe błotka, a niektóre miały moc, aby mi zakopać koło do piasty i z 15 km/h unieruchomić rower w miejscu, tak, że zanim się zorientowałem co jest grane, to było 5 sek po zdarzeniu. Inni też się zakopywali w błotkach, mierzyli ich głębokość, albo zbyt blisko się spoufalali z krzakami przy omijaniu błot.
Dojeżdżamy na Leskowiec. Chwila odpoczynku i fotki. Ja aparatu swojego nie miałem - akurat w Piątek obiektyw sprzedałem, a w Poniedziałek przyjść ma nowy, także cudowny zbieg okoliczności. Widzimy także turystki, co wspinają się na leskowiec w balerinkach, albo w japonkach. Cóż to za lekceważenie natury! Leskowiec to nie jest jakaś masakryczna, góra, ale szacunek się należy. Rozumiem japonki u rowerzysty, którego od częstego kontaktu z podłożem, chroni zawieszenie roweru. Ale z buta w takich butach?
Zjeżdżamy do schroniska. W trakcie zjazdu, szybkiego, Ketsi przecina dużą kałużę, a mnie obrywa się główną salwą wody z tego, jakoże jadę za nią. Zdenerwowany psioczę na nią do samego schroniska. W schronisku czas zainteresować żołądek czymś. I tak - gorącę kakao, zapiekanka oraz pierogi z kapustą i grzybami wydają mi się być dobrym pomysłem. Mój żołądek też tak chyba uznał, bo dał sobie siana w dręczeniu mnie na długo. Rozwell w międzyczasie centruje koło, bo trochę sobie je gdzieś skrzywił. Ogólnie to Matek, rozwell i ketsi, oprócz mnie, postanowili coś treściwszego zjeść, reszta siedziała na zewnątrz i rowerów pilnowała.
Ze schroniska to w sumie szybko się urywamy. Tak szybkiego zrywu nie pamiętam. Po burzliwych dyskusjach, rozwell stwierdza, że zjeżdżamy czarnym szlakiem, bo najszybciej w Andrychowie będziemy. To zjeżdżamy. Zjazdy w nic ciekawego (na szczęście) nie obfitowały. Czarny szlak nie okazał się taki znowu czarny jak go malują. Zatrzymywałem się tylko co jakichś czas, dać ostygnąć tarczom hamulcowym, bo wiem co grozi w przypadku przegrzania. Rozwell stwierdza, że prędko takich tarcz (AJ 7, 180mm z przodu) nie zagrzeję, ale wolę dmuchać na gorące. Tak więc szybko i bez zbędnych gleb, dojeżdżamy do asfaltu, a stamtąd już na luzie do Andrychowa.
W Andrychowie dłuższy postój - trzeba szukać sklepu, otwartego do tego. Ja z Ketsi, Kubą i rudym zostaję. Nakładam nową warstwę kremu do opalania, bo pot mógł go trochę osłabić. Rudy też znowu korzysta. A Ketsi się spiekła na barkach i nawet tego nie zauważyła - dałem jej też to, aby się nasmarowała, bo jak tak dalej pójdzie, to czarno to widzę z nią, a karnacja to wyjątkowo nie do opalania. Po 20 minutach wracają poszukiwacze sklepu z zakupami. Trochę czasu straciliśmy, ale cóż. Zbieramy się powoli do wyjazdu, trochę nieprzepisowo, bo z drogi jednokierunkowej. Pech chciał, że policja przejeżdżała, na szczęście napomknęli zza szyby, że ,,tu zakaz jest!"". No to cuda na kiju i się wrociliśmy na główną drogę, by później, też nieprzepisowo zawrócić.
I tu staje się coś, co spowoduje, że zapamiętam te wycieczkę na długo. Nie dość, że nieprzepisowo. Do tego porównywałem naszą wyprawę do szybkiej pielgrzymki. Jak wiadomo - pielgrzymi zmagają się z bólem, nierzadko z krwią. Otóż moja środkowa koronka na łańcuchu dała o sobie znać. Wskutek pogonienia nas przez Policję, zapomniałem sobie, że łańcuch mi spoczął na tej felernej koronce. Zapomniałem, jak słowo daję. Czy takie zapomnienie musi być groźne? Patrząc na mnie - jak widać musi. Przy nieprzepisowym zawracaniu, na ruchliwej drodze, depnąłem mocniej i łańcuch przeskoczył sobie. Ale tak nieszczęśliwie, że przy 10 km/h runąłem przy chodniku plackiem. Gwiazdki zobaczyłem 5 minut później - tak to się szybko stało. Szybko zabrałem swoje zwłoki z drogi i szybki rzut oka na sytuację - tragedia. Łokieć zdarty niczym szlifierką, tak równiutko w jednym miejscu (idealne koło). Kolano mniej, ale swoje oberwało, kwestia sekund, aż krew popłynie. Ból też sobie przypomina, że jego czas nadszedł. Mimo tego wszystkiego, czarnych ran - felerny Andrychowski asfalt, mówię, by jechać dalej. Krew musi upłynąć, sama trochę oczyści ranę, to broń natury na coś takiego. Trzeba się na nią na razie zdać, bo żadnej wody utlenionej, ani nic więcej nie ma pod ręką. Ból uznał, że to jego żywioł i tu mi nie odpuści pola, zaczyna mocniej boleć. Rowerowi się nic nie stało. Przeklęta koronka! Mam swoją Jasną Górę, i to w 1 sek, a nie w kilka dni!
Jedziemy więc, ja krwawiący i bolący. Po paru km, daję znak do zatrzymania. Mam gaziki nawet, ostały się i chusteczki. Przemywam te rany 0.5 l wody z bukłaka. Dalej są czarne. Dosłownie o fó. Ból daje sobie siana jak jadę i powietrze oplata te rany. Ale na postoju pokazuje na co go stać. 0.5 l wody do przemywania i wiele to nie dało. Na drugi raz trzeba wziąć utlenioną + mydło szare do przemycia takiej rany. Innego wyposażenia nie widzę w tej sytuacji. Czas nas goni i trzeba jechać. Pomimo tego wypadku i bólu, jedno mnie nie opuszcza - energia. Nawet się wzmogła, bo się wkurzyłem na ten pech, który udział miał przy tej glebie.
Dalsza część trasy - leniwa jazda. W końcu, po 1,5h dojeżdzamy do górki, która lubi dobić słabszych - podjazd pod Płazę. Kuba rusza. Zanim rozwell i Matek. Pomimo gleby i krwi, stwierdzam, że nie będę gorszy - ruszam także. Doganiam ich nawet. Czasem wręcz 30 km/h pod niektóre odcinki - hardcor. Ale wiem, że mam jeszcze energię więc nie przeraża mnie to. W zasadzie różnica między nami w wyjeździe na Płazę to poniżej 10 sek. Znacznie dłużej czekamy na Rudego. Bardziej niż znacznie - na Sebastiana. Całą wieczność - na Ketsi, która stwierdziła, że się tam jeszcze zatrzymała, kanapki sobie zjadła, itp. No nic. Ja stwierdzam, że zrywam się do domu, szkoda czasu na pożegnania, bo ranę trzeba przemyć.
Ruszam więc żwawo - odstawiam nawet Kubę w drodze do Bolęcina, dogoni mnie dopiero na Pile Kościeleckiej. Tyle energii mi się jeszcze udało zachować mimo upływu krwi z fatalnych ran. I tak kończy się ta wycieczka. Pomijając odkażanie i przemywanie rany już w domu, które bolało, jak jasna cholera, to by było na tyle.
Pozdrowienia dla Foreighta, jeżeli tu dotarł.
Oby do następnego razu. W sumie mógłbym startować w konkursie rowerowe.net ,,po wypadku"", ale na razie aparatu nie mam, a do tego, rany są takie, że lepiej ich równości w szlifowaniu nie pokazywać. To chyba najgorsza moja gleba na rowerze jak do tej pory. Oj będzie pamiątka... auć, jak to teraz nawet boli, na drugi dzień. :(
Dane z licznika:
Dystans: 122.52 km (jak z Trzebini na Jasną Górę)
Czas jazdy: 6:29
Średnia: 19 km/h
Vmax: 51 km/h
| « poprzednia | następna » |
|---|
