To była umówiona wyprawa. Dziś, tj. niedziela, spotkaliśmy się przy wjeździe do Puszczy Dulowskiej od strony ul. Słowackiego. Ekipa też umówiona, skład: ja, kuba, agata, lefcia, rozwell, wszystko-mający tomasz, jerzyk, później dołączą: lucek i dwóch jego kolegów.
Cel wycieczki: Ojców i jakiś większy piknik niż ostatnio. Cokolwiek to miałoby znaczyć.
Początek leniwy i nudny - na wysokości zamku w Rudnie dołącza do wycieczki lucek z kolegą i jedziemy dalej, aż do Rudawy, gdzie na postoju mającym za cel uzupełnić ekwipunki i żołądki w pewnym sklepie (brak nazwy, celem niereklamowania), dołącza drugi znajomy lucka. Jeszcze nieco wcześniej, w Puszczy, rozwell wjeżdża w pewne guano, za co jego opona nie będzie mu dłużna i mu odda w trakcie samoczyszczenia się opony. Z kolei imienia kolegów lucka nie znam - wybaczcie mi. Mam pamięć dobrą, ale krótką. Do tej pory nudno. Jedynie przejeżdżając dalej w Rudawie drogą, wspominam pewien wypadek na asfalcie, który wydarzył się kilka tygodniu temu, wraz z pewnym cennym urządzeniem, które to urządzenie było z mojego powodu, sprawcą wypadku. Mniejsza o szczegóły - rany się zagoiły, pozostały wspomnienia, które odżyły, gdy tamtędy przejeżdżałem.
Dojeżdżamy do dolinek podkrakowskiech, tam postój na to samo. Fotki, izotoniki (dla niektórych już któreś z rzędu), lody (nie chwaląc się - ja) i takie tam. Po leniwym postoju znowu w drogę. Niestety, kilka tygodni temu zgubiłem tam ściereczkę, mikrofibrę za 20 zł, nie odnalazłem juz jej w tym miejscu - przepadła. Pewnie ktoś opchnął komuś, w końcu czarna - kolor oryginalny jak na przedmiot zastosowania.
Do samego Ojcowa można rzec - nudy. Dopiero tuż tuż przed celem piknikowym, zaczynają się gleby. Lucek - gleba i zgubienie bidonu, powód mi nieznany, ale widziałem. Kawałek wcześniej, szczęśliwie bo do samego błotka z małą ilością kamyczków i patyczków, wpada jego kolega. Najgorsze jest jednak co innego - gleba kenego, której nie miałem przyjemności niestety widzieć.
Przypominam, że keny jest po pobycie w szpitalu, parodniowym, spowodowanym wyrównywaniem podłoża (wcale nie błotnistego, albo piaskowego) za pomocą dolnej części szczęki. Ponadto tydzień po wyjściu ze szpitala, omało co, jego rzepka kolanowa, nie wyszła sama z siebie, co mogło się skończyć gipsem, szyną, śrubami czy innymi takimi na parę tygodni. Ale przetrwał te dwa kryzysy. Teraz jadąc oczywiście po swojemu, co oznacza sporadyczne używanie hamulca na ostrych zjazdach, nie zdążył wyhamować przed jerzykiem (powody i historie tam są rozbieżne, kwestia co kto komu dla ewentualnej komisji śledczej) i zaliczył glebę. Efekt: wstrząs kasku (dobrze, że nie tego pod nim), dwa łokcie oharowane, łydka przy kolanie, pośladek z boku wraz z destrukcją ubrania rowerowego, palec i coś tam jeszcze.Do tego ubrudzona bluza klubowa. Pewnie się pochwali fotkami tutaj przy najbliższej okazji, jak to on, więc sami może zobaczycie. W każdym razie gleba dosyć poważniejsza.
Pamiętając swoją glebę kilka tygodni temu wziąłem zestaw opatrunkowy: gazy, bandaże i plaster. Nie miałem tylko wody ultenionej - tę pożyczyłem w ogródku wypoczynkowym (bar, restauracja, etc) w Ojcowie. Dzięki temu ta ofiara losu, która jeszcze ostatniego słowa nie powie na tej wycieczce (ale o tym potem), mogła się opatrzyć w miarę normalnie.
Oczywiście uzupełnianie pokarmów i płynów - zamawiam trochę jebutny zestaw jak dla mnie - zapiekanka, surówki i frytki - nie przewidziałem, że oni chcą gdzieś jeszcze jechać, czyli do Pieskowej Skały na Zamek (7 km od Ojcowa) i to zaraz po uzupełnieniu kolejnej partii izotoników. W pośpiechu zjadam i muszę wskakiwać na rower - chamstwo, bo nawet mi jedzenie do żołądka nie zdążyło dotrzeć. Tak więc 14 km (7 w jedną, a potem powrót) nudy, bo część sobie po zamku musiała pochodzić (jakby Lipowca pod nosem nie mieli). Ja musiałem stać w cieniu pod zamkiem, pilnować rowerów, a co najważniejsze - pozwolić, aby moje obfite żarcie wreszcie znalazło drogę do żołądka.
I wracamy z powrotem do Ojcowa - stwierdzamy, że czas na piknik, keny tylko ze względu na twarz, chce, by był w półcieniu (zadowoli to jego, bo mogłoby go opalić po bliznach powypadkowych i zrobić z niego łaciatego psa reksio). Siedzą i uzupełniają izotoniki na potęgę. Ja korzystam z okazji, że jedzienie dotarło do żołądka i nic nie robię ;-). Daje się wyczuć zły wpływ kierownika wycieczki - Agaty, zwłaszcza na osobowości typu człowiek-kredens (nie wskażę palcem o kim mowa). Dodatkowo lefcia spotyka starych znajomych i tak mija godzinka, albo dwie. Próbuję sobie drzemkę uciąć na słońcu, bo mi się trawi kawał żarcia (w sumie przesadziłem trochę, no ale dobra), ale mi przeszkadzają i dokuczają łobuzy - stawiają piwo obok mnie i robią fotki, że ja niby taki zgon. Nikt w te fotki nie uwierzy, redaktor tak szanownego serwisu jak abstynenci.pl, nie miewa takich wpadek. Kiedy oni się tego nauczą? ;-)
Wreszcie lekko wyspany ruszam grupę izotonikarzy (nie liczmy już ilości tych napojów, ta liczba przeraża) do boju i ruszamy do chaty wreszcie, tym szlakiem co ostatnio. Kenego na dowidzenia jeszcze pszczoła użądliła w palec... dobrze, że nie w ten zraniony w wypadku. W trasie, keny (oczywiście) na mostku zrywa łańcuch. Na szczęście wszystko-mający tomek wkracza do akcji i awaria zażegnana - jednak widać, że dopóki keny jest z nami, będą problemy. Tak też jest - lefcie chce zgwałcić jej siedzenie w rowerze (odchyla się do góry), a wszystko-mający tomek gdzieś tam z tyłu glebencję zalicza, ale jak sama mówi - taka gleba to nie gleba. Nic po nim nie widać - nie to co po kenym. Ponadto agaty łańcuch stroi fochy. Jak gdyby tego było mało, jazda nieopodal kenego może skończyć się albo zejściem ze śmiechu, albo z nerwów. Ciągłe bitwy pomiędzy łańcuchem, kasetą a przerzutką tylną w jego rowerze, wystawiają na próbę cierpliwości jego i reszte grupy. W Rudawie stwierdza, że nawet jest spokojny (jeszcze).
Powrót w sumie już bez niespodzianek. Zatrzymujemy się w Puszczy na wysokości Krzeszowic, na kolejny piknik. I kolejne izotoniki i zdjęcia. Liczba zdjęć i izotoników powala. Za to ja w Rudawie nabyłem winogrona - to też zajadam się obficie energetycznymi owocami.
Dalej - wiadomo co. Dystans - 100-120 km (zależy kogo pytać). Nawet się nie zmęczyłem. Wnioskuję o ograniczenie zużycia izotoników i kupienie maskotki kenego, co by ją woził na szczęście. A teraz możecie mnie zjechać w komentarzach, leszcze.
| « poprzednia | następna » |
|---|
