27.12.2009 godzina 9:00 wyruszamy w dwa samochody do Olszówki Górnej koło Bielska Białej. Ekipa liczy 8 osób w składzie: Agata, Ketsi, Annihilator, Keny, Krystian, Spons, Wojtek, Jakub. Godzina 10:45 jesteśmy na parkingu i ruszamy mniej więcej o 10:55 w stronę Szyndzielni , Klimczoka i Błatniej.
Tym razem nastawieni jesteśmy na rekreację i fotografię. Podłączyłem do Nikona rosyjski obiektyw 300mm i ze sprzętem, który waży razem ze statywem 4kg ruszyłem w górę. Sprzęt wydawał się być lekki, do czasu. Przekonał się o tym również Annihilator, który mimo, że miał lżejszy sprzęt fotograficzny, także odczuł jego wagę w drodze powrotnej. W przeddzień zrobiliśmy 16 km podobnie obładowani sprzętem, a że chodzenie nie jest w naszym zwyczaju , a bardziej bieganie lub jazda na rowerze to okazało się, że mamy już bardzo przemęczone mięśnie tej dyscypliny. Jednak opłacało się. To co zobaczycie na zdjęciu panoramy z Klimczoka przejdzie wasze oczekiwania.
![]() |
| Od Panorama_Tatr_Klimczok_2009_12_27 |
Jak zwykle spróbowaliśmy od razu pierwszego napotkanego „skrótu”, który w żartach wskazał Krystian, myśląc, że nim nie pójdziemy, a jednak nim poszliśmy. Skrót niestety okazał się być prawdziwym skrótem, ku naszej uldze, gdyż już wtedy odczuwałem ból mięśnia odpowiedzialnego za zginanie – on się tak ładnie nazywa brzuchaty łydki, część górna. Co ciekawe Annihilator też zaczął mieć podobny objaw. Z początku wydawało się to nie mieć znaczenia, ale im większa liczba kilometrów tym bardziej ból dawał się we znaki.
Ketsi popadła w jakiś trans Rainmana i zaczęła obliczać ile metrów na sekundę ma 1km/h. Szybko dałem jej odpowiedź, że jest to prędkość żółwia i wynosi około 20 cm/s. Chyba nie chciała w to uwierzyć i liczyła dalej. Prawidłową odpowiedź dopiero dała nam po dwóch dniach oznajmiając, że 1km/h to 27,78 cm/s. Kobiecy umysł jest naprawdę nieodgadniony i nieobliczalny, zwłaszcza jeśli się uprze. Ja w każdym razie już nadałem sobie stanowisko profesora nadzwyczajnego, bo do zwyczajnego nie aspiruję ze względu na słaby wydźwięk emocjonalny tytułu.
W tej atmosferze filozoficzno matematycznej dotarliśmy do schroniska na Szyndzielni. Zakotwiczyliśmy się na chwilę, na mały posiłek. Tu wędrówka wydawała się już prosta i lekka, ale to była dopiero 1/3 drogi. Na mapie wyglądało dość prosto, a potem z górki. Jednak zmęczone mięśnie od chodzenia w przeddzień przekazywały organizmowi informacje o potwornej niechęci do przejścia nawet 10 metrów, a dopiero co pozostałych 15 km. Gdy wyszedłem ze schroniska mięsień brzuchaty łydki zaznaczył swoją obecność wyjątkowo złośliwie. Wiedziałem, że zmiana sposobu chodzenia nic już nie da, chyba, że zacznę biec, ale to mijało się z celem oszczędzania energii, a i grupa nie nadawała się do biegu. Za zignorowanie tego sygnału zapłaciłem jeszcze większą cenę.
Na szczycie Klimczoka jeszcze ból był do zniesienia. Zrobiłem panoramę i zdjęcie całej grupy. Trochę jednak zdezorientowany bólem popadałem w pewną frustrację. Kilka postronnych osób z zainteresowaniem przyglądało się nam i sprzętowi fotograficznemu. W końcu ekscentryczna grupa z aparatami z których jeden z obiektywem 300mm wyglądał jak bazuka do zestrzelenia samolotu. Kiedy grupa już oddaliła się o 60 metrów ode mnie, postanowiłem zrobić im zdjęcie. Ustawili się obok siebie jak to zwykle grupa pozująca do zdjęcia z tym, że fotograf był oddalony o dobre 60 metrów z obiektywem długim na 30 cm. Będąc pod narkotyzującym działaniem bólu, nawet nie zwróciłem uwagi, jak to zaczęło dziwacznie brzmieć, kiedy do tej sporo oddalonej grupy 7 osobowej, zacząłem krzyczeć, żeby się ścieśnili. Od razu wyrwał się Krystian z propozycją, że może się jeszcze oddalą. Całej sytuacji przyglądali się inni ludzie, ale w tym momencie odniosłem wrażenie, że oni sami są pod jakimś wrażeniem i nie łapią dowcipu. Zacząłem krzyczeć, że tak, przydałoby się, żeby się jeszcze oddalili. „Tak teraz dobrze”. Krzyczałem. Ludzie patrzyli z jakimś bezrefleksyjnym entuzjazmem. Co za porażka, ludzie nie łapią takich dowcipów. Jak lunatycy, świat ich zaskoczył. Nic trzeba szybko spakować sprzęt i stąd zmykać. Poniżej zdjęcie ekipy z odległości 60 metrów.
| Od 2009_12_27_Biker_Klimczok_obiektyw 300mm |
Wędrowaliśmy teraz po płaskowyżu, monotonnie i sennie. Po dojściu do schronisk na Błatniej w którym zdobyliśmy się na spory posiłek miałem wrażenie, że to było najdłuższe przejście jakie pamiętam w życiu. Ból mięśnia kazał pamiętać o każdej sekundzie z tych chwil i pomijać rzeczy dziejące się na zewnątrz. Doprawdy byłem skupiony tylko na wstrzyknięciu sobie adrenaliny i wytrzymaniu do końca. Poza żartami, że mam kompas w rękawiczce i możemy iść na skróty w co uwierzyła cała grupa, a najbardziej przestraszyli się tego Agata i Krystian, nic mnie nie bawiło i nic nie przychodziło do głowy z równie dyscyplinującą myślą jak unikanie napięcia prawej nogi. Grupa naprawdę zaczęła uciekać przed nami, bojąc się, że wpadnie nam do głowy „skrót” w prawo. Annihilator miał podobną kontuzję co ustaliłem dopytując się o szczegóły, bo twierdzenie, że bolą go kolana dziwnie brzmiało i okazało się sporym uproszczeniem tematu. Na drugi dzień okazało się, że nawet Spons miał podobny problem.
Jeszcze trochę, zanim pozbyłem się złudzeń co do bólu, który tak usilnie ignorowałem, ubawił mnie fakt, że grupa naprawdę ucieka przed nami. Jeszcze w momencie, gdy byli w zasięgu wzroku zdołałem ich przestraszyć, gdy wykrzyczałem słowa: „Skręcamy w prawo”. Byłem pewien, że uciekają i najlepsze było to, że choć wspominałem, że boli mnie mięsień to chyba nie wiedzieli jak bardzo i uznali, że nawet bez nogi mógłbym próbować iść na skróty, żeby się dobrze bawić. Nie! Naprawdę ból był tak okrutny, że cały czas myślałem o jakimś niekonwencjonalnym rozwiązaniu, bo mięsień zdawał się odrywać od kości. Wiedziałem, że jeśli czegoś nie zrobię to skończy się to wizytą u chirurga, przynajmniej takie miałem odczucia. Ból miał już intensywność jak przy zerwanym mięśniu, lub pękniętej kości. Dopiero 4 km przed parkingiem, przypomniałem sobie, że nie dość, że takie dystanse poprzedza się odpowiednim przygotowaniem to jeszcze pokonuje się je zamiennie, raz biegnąc, a raz idąc. Niestety nikt nie nadawał się do takiego tempa w grupie i musiałem próbować walczyć z tym potężnym bólem przez większość czasu w marszu. Dopiero, gdy grupa w składzie Agata, Ketsi, Krystian, Spons i Wojtek uciekli przed naszą grupką, wtedy spróbowałem biec. Doprawdy nie znacie tej ulgi. Najpierw mięsień odmawia posłuszeństwa, gdy idziesz, a gdy zaczynasz biec, wtedy okazuje się, że ten sam mięsień zaczyna napinać się w innym miejscu, tam, gdzie nie jest wypracowany i jest to sposób na pokonanie pozostałego dystansu, który wydawał się być nie do pokonania.
Dochodzimy do asfaltowej drogi i po krótkiej konsultacji odbijamy w prawo. Zastanawiamy się, gdzie mogła pójść uciekająca reszta. Raczej powinni poczekać, przecież nawet nie mieli mapy.
Nie musieliśmy patrzeć na mapę, by skręcić prawidłowo, ale ze względu na ból postanowiłem jeszcze się zatrzymać i upewnić co do kierunku. Nie chciałem mieć dodatkowo w tych okolicznościach nawet 100 metrów do pokonania. Biegnięcie odciążyło wypracowaną część mięśnia brzuchatego łydki. Tak właśnie. Nie można uprawiać nagle innej dyscypliny niż wcześniej. Chodzenie, bieganie i jazda na rowerze to trzy różne dyscypliny, które wbrew oczekiwaniom trenują całkiem inne strefy tych samych mięśni. To odkrycie, a właściwie przypomnienie dedykuję innym spontanicznym turystom na duże dystanse. Długi dystans wymaga czasowych zmian co kilka minut pomiędzy truchtem, biegiem i marszem. Kolejny raz okazuje się, że nie ma ludzi, którzy mogą wytrzymać wszystko, gdyż zawsze muszą mieć jakiś słaby punkt, bo są źle wytrenowani.
Do parkingu dotarliśmy na godzinę około 17:30. Jeszcze jakieś 10 minut czekaliśmy na zabłąkaną grupę, która jak podejrzewaliśmy poleciała przed siebie. Na godzinę około 19:00 byliśmy w domu.
Dane statystyczne:
Całkowity czas przejścia z trzema przystankami (1h30min): 6 h 35 min
Czas przejścia schronisko Szyndzielnia - Błatnia: 1 h 20 min
Czas według oznakowania schronisko Szyndzielnia - Błatnia 2h 5min
Średnia prędkość marszu bez 3 przystanków: 4,3 km/h

| « poprzednia | następna » |
|---|
Szyndzielnia – Klimczok – Błatnia tym razem pieszo 22 km z tajemnicą poliszynela.


Dzień później wybrałem się na Błatnią z Brennej i udało mi się uchwycić Babią.