Slogan reklamowy Żywca zdaje się być jak ulał skierowany do mnie i moich tegorocznych wakacyjnych wyborów :)
Dla mniej cierpliwych, którzy nie dotrą do końca a lubią pooglądać zdjęcia: link do albumu Picasa
Dłuuugo zastanawiałam się nad sensem udania się na wakacje po trzymiesięcznej włóczędze rowerowej, ale doszłam do wniosku, że przecież należy się! Po trzech miesiącach w pracy należy w celach zachowania resztek rozumu i jako-takiej higieny psychicznej wybrać się na urlop.
Pomysłów wiele (jak zwykle) ale mniej kasy i czasu (jak zwykle). Faworyzowana przeze mnie opcja Croto Krymu (www.bicycle.pl) z uwagi na to, że drogo i daleko wydawała się niestosowna. Team BikeFama (www.bikefama.pl) zaproponował Główny Szlak Beskidzki z buta jako opcję tanią i przyjemną. Skuszona perspektywami górskiej przygody rozpoczęłam kompletowanie sprzętu, oddając rowerowe akcesoria innym zapalonym bajkerom, którzy wybrali się śmigać wzdłuż wschodniej granicy Polski.
Start na trasę GSB wyznaczony został na piątek w nocy lub sobotę rano. W piątek rano, po czwartkowej sesji telefonicznej z Ewą Ś. zmieniłam plany wakacyjne - dołączamy do Crotosów w poniedziałek! Plan szalony i kosztowny mógł zrodzić się tylko w naszych umysłach, zazdrośnie śledzących poczynania śmiałków objeżdżających Półwysep Krymski dookoła. W ciągu dwóch godzin załatwiłyśmy bilety lotnicze (polecamy biuro Bezkresy z Warszawy!), ubezpieczenie (ja), urlop (Ewa), transport na miejsce. Spakowana już byłam, więc zamieniłam tylko spodnie na pampersa :)
Po nieudanej próbie utopienia mnie w Balatonie w wykonaniu Kenego, Team BikeFama zaakceptował moją zdradę. Z pewnością przyszło im to łatwiej z uwagi na udostępnionego przeze mnie na potrzeby GSB netbooka :)
Podróż niewarta opisywania - łatwo i przyjemnie, tyle że długo, jeśli licząc z Trzebini. Po wyjściu z samolotu przywitał nas ogromny upał. A w hali przylotów - kolejka do kontroli paszportowej. W końcu Ukraińcy znani są ze swojego zamiłowania do papierologii, więc każdy musiał przedstawić karteczkę kim jest, skąd przybywa i gdzie ma zamiar nocować(!). Następnie dane z tej karteczki były pracowicie wprowadzane do komputerów przez blond-celniczki. Niby proste, ale pamiętajcie, że z alfabetu łacińskiego one to musiały przerobić na cyrylicę.... Na szczęście Kazys, kierowca Croto-busa czekał na nas cierpliwie, więc do Sołniecznogorskoje dojechałyśmy już bez dodatkowych atrakcji.
Sołniecznogorskoje, jako nadmorska miejscowość, pulsuje życiem również po zmroku, kiedy wreszcie temperatura spada do ok. 30 st C. Po wylewnym przywitaniu z Croto-znajomymi, rozpakowaniu i ustawieniu namiotu można było się tu posilić i przywitać z Morzem Czarnym. Księżyc w pełni i trwający mimo nocy upał, sprzyjał dłuższemu bankietowaniu na plaży.
Rano, o niewyobrażalnej dla mnie porze w czasie wakacji, rozlega się Sigitasowa trąbka, wzywająca na tzw. map-meeting, czyli informacje o planowanej na dany dzień trasie. Półprzytomna wypełzam z namiotu a tu niespodzianka! Połowa namiotów zniknęła, przy nielicznych krzątają się ludzie... Powariowali, o 7 rano już gotowi do drogi.... Inna rzecz, że upał naprawdę daje się we znaki, jazda w południe to smażenie się na własne życzenie.
Trasa na dzień dobry bardzo górzysta, biegnąca w oddaleniu od morza, ale kończy się w Sudaku, gdzie i plaża i atrakcje kulturalne są na wyciągnięcie ręki. Docieramy z Bobem tuż przed zmrokiem, udaje nam się rączym kłusem oblecieć twierdzę (potężna!) i porobić zdjęcia. Zaspokojeni kulturalnie i rowerowo możemy spokojnie udać się na poszukiwanie noclegu, gdzie pewnie większość rannych ptaszków już odpoczywa w namiotach J Niestety wybieramy „łatwą" trasę wzdłuż plaży, przez co musimy przedzierać się przez tabuny Ukraińców przelewających się po bulwarze w te i wewte.
Pokonanie 500 m zajmuje nam przynajmniej 45 min. W końcu docieramy na pole kempingowe, które okazuje się być... placem budowy. Właściciel oszukał Croto-organizatorów Marylę i Sigitasa, ukrywając przed nimi informację, że prawdziwe pole kempingowe zostało zamknięte z uwagi na plagę kleszczy i próbuje nam wmówić, że koparki i dźwigi to standardowe wyposażenie ukraińskich pól kempingowych J Część Croto-ekipy, która przybyła wcześniej ewakuowała się na inne pole. Nam się już nie chciało, a zresztą taka atrakcja nie trafia się co dzień :)
W dodatku mam okazję przekonać się na własne oczy i uszy, że Ukraińcy to naród lubiący się bawić i noc im nie przeszkadza. Głośna muzyka towarzyszy nam tak gdzieś do piątej rano, o której to dołącza się jakiś kogut i próbuje ją przekrzyczeć. Lokalsi w końcu dają za wygraną i kogut prezentuje swoje umiejętności do 7. Po nim przejmuje obowiązki Sigitas i jego trąbka.... Nie ma szans się wyspać.
Na środę zaplanowany jest przejazd do Starego Krymu. Trasa wiedzie częściowo wybrzeżem, później odbijając w głąb lądu. Czy trzeba dodać, że są góry? Nie przemęczamy się, atrakcji po drodze nie za wiele, jeśli nie liczyć degustacji lokalnych win, z których Krym słynie. Upał trwa. Po drodze przejeżdżamy przez ośrodek paralotniarski, gdzie można zafundować sobie przelot lotnią z instruktorem za całkiem przyzwoitą kasę. Oczywiście, dowiadujemy się o tym po fakcie :) Do Starego Krymu mamy w dół przez pola, więc idzie szybko. Szkoda, że to co się zjechało, trzeba teraz odrobić - śpimy na terenie klasztoru, gdzie jest pod górkę... Noc piękna, kąpiemy się w źródełkach przy świetle księżyca i czołówek. Bardziej zapobiegliwi wynaleźli skądś przenośny prysznic i nawet się wykąpali. Ja byłam zbyt niska, żeby to cudo powiesić na gałęzi, a trudno na golasa latać po lesie i szukać pomocnej dłoni ;)
Dodatkowy dzień w brudzie nie zaszkodzi.
Trasa znowu wraca na wybrzeże, zwiedzamy Feodozję i kąpiemy
się w morzu tak często, jak to możliwe. Nie ma mowy o wylegiwaniu się na plaży.
Po pierwsze kamienista, a po drugie cudem można tu znaleźć kawałek wolnego
miejsca, żeby zostawić buty i ciuchy. Niestety, trasa biegnie ruchliwą drogą,
więc o przyjemnej jeździe nie ma mowy. Na szczęście ostatnie ileś tam
kilometrów biegnie bocznymi drogami. Jakieś 15 kilometrów przed
planowanym miejscem noclegu (nadmorską wioską) okazuje się, że plany się zmieniły
i jedziemy w głąb stepu J Nocleg tym
razem na dziko J pośrodku stepu nieopodal dawnego kołchozu, za to z własną studnią. Całość -
ogrodzona eleganckim betonowym płotem. I atrakcja wieczoru - urodziny Horsta. Podobno
wykupiliśmy od miejscowych wszystkie zapasy sera, mamy arbuza, pomidory i
ogórki. O browary zatroszczył się wcześniej kierowca Croto-busa - Raitis. Świętujemy
bez ograniczeń, nikt nas tu nie słyszy. Trzeba uważać tylko na żmije i
ostrożnie wpełzać do namiotu.
Kolejny dzień daje mi możliwość posmakowania jazdy przez prawdziwe stepy akermańskie J Zaopatrzeni w mapę kierujemy się na wskazany przez Marylę i Sigitasa azymut („tu za ogrodzeniem w lewo, potem prosto i wzdłuż słupów, a za tą ścianą lasu skręćcie w prawo"). Ruszamy - są ślady drogi, znaczy coś tu kiedyś jechało. Jest sucho, a mimo to trafiamy na błoto, czające się pod skorupą wyschniętej ziemi. Beztrosko jadę sobie dalej, to nic, że błoto coraz bardziej nawija się na opony. Szczęście trwa do czasu - błotko się kończy i zaczynają się trawki, które skutecznie zapychają obręcze i....stop. Zeskrobywanie błota z kół trwa równe 30 min. Wyjątkowo lepiąca się maź nie chce poddać się łatwo. Używamy podręcznych narzędzi typu śrubokręt i scyzoryk, pomagając sobie przekleństwami (znów udało mi się wzbogacić mój słownik angielski, wspierając się jedynym znanym mi ukraińskim wyrażeniem, bardzo stosownym do okoliczności). W końcu ruszamy dalej w tempie żółwim. Doganiają nas Asia i Solias, których śledzimy potem przez kilka kilometrów, do momentu kiedy odłączają się w kierunku morza. My decydujemy się pozostać w stepie, wyszukując na czuja drogi, które może nas zaprowadzą do celu. Może. Błądzimy dość długo w krajobrazie księżycowym, gdzie jedynym odniesieniem w terenie są widoczne z daleka słupy. Szkoda, że nie występują na mapie...
W końcu, gdy zaczyna nam się kończyć woda (jest cholernie gorąco, pamiętacie?) i tracimy nadzieję na wydostanie się z traw, znikąd pojawia się Łada, załadowana po dach. Łamanym rosyjsko-polskim i migowym wyjaśniam naszą sytuację i dowiaduję się, gdzie jesteśmy. Kierowca wskazuje nam też drogę wydostania się z tej matni, gdyby znudziły nam się stepy. Znudziły nam się, wybieramy więc jak najkrótszą drogę do miejsca gdzie ma zaczynać się „asfalt". W końcu pojawiają się jakieś zabudowania i jest!. Kiedyś było to asfaltem, ale na Ukrainie nic nas nie dziwi, więc slalomem wśród dziur kierujemy się do kolejnej wioski, gdzie mamy nadzieję na znalezienie sklepu, zwanego tutaj magazynem. Marfowka (bo tak uroczo nazywa się wioska) chyba była kiedyś miasteczkiem i to całkiem sporym. Dziś oprócz opuszczonych budynków typu szkoła, biblioteka nie ma tu wiele - małe zaniedbane chatki i magazyn! Rozkładamy się na piknik przed sklepem, kupujemy picie, lody i ciacha. Prawdziwa uczta. W dodatku nawiązujemy kontakt z miejscową żulią, która tłumnie spędza czas przed sklepem (heh, prawie jak Wilkowyje). Niejaki Siergiej, dowiedziawszy się, że zmierzamy do Kiercza zachwala nam walory tego miasta i chyba proponuje mi randkę J Na szczęście moja znajomość rosyjskiego pozwala mi na uniknięcie odpowiedzi i z żalem ewakuujemy się z naszego miejsca piknikowego. Dalej jest już nudno - tylko stepy i stepy, za to pod wiatr. Wjazd do Kercza odbywa się po płytach betonowych, co nieźle obija nasze zadki. Peryferia miasta wyglądają strasznie i już zaczynam wątpić w słowa Siergieja, ale na szczęście w końcu wjeżdżamy do centrum, które jak na ukraińskie warunki jest naprawdę ładnym miastem. Razem z Kathariną posilamy się lodami i ruszamy na poszukiwanie ulicy Gagarina, gdzie mieści się nasz hotel! Co za niespodzianka - są łazienki i ciepła woda pod prysznicem! Że nie wspomnę o luksusie „europejskiego" kibla, zamiast tradycyjnego „narciarza". Ech.... Żyć nie umierać. W dodatku wypada tu rest-day, więc możemy się pławić w luksusach całą sobotę.
Kercz zwiedzamy, jakżeby inaczej, na rowerach. W centrum miasta jest ogromniasta góra, na której stoi pomnik poświęcony czerwonoarmistom. Wdrapujemy się tam po wielu schodach, ale widoki wynagradzają trudy. Okazuje się też, że w łydkach mamy mięśnie, które na rowerze nie pracują :)
Spoglądamy na Lenina z góry, robimy pamiątkowe fotki i schodzimy. Po południu czeka nas atrakcja w postaci spotkania w kerczeńskim ośrodku mniejszości narodowych, gdzie mieszkańcy prezentują nam wielokulturowe tańce i śpiewy. Bob wyciąga mnie na „wagary" i koncertu wysłuchujemy siedząc na zewnątrz i popijając piwko. Wieczorem pierwsza z serii imprez pożegnalnych - część osób wyjeżdża, co daje okazję do zabawy z łezką w oku. Niestety, panie etażowe w hotelu (takie woźne rezydujące na każdym piętrze) nie są w nastroju do zabawy i skutecznie psują nam zabawę. Nawet Sigitas poddaje się ich wpływom i zaczyna nas delikatnie wysyłać do łóżek gasząc światło! W końcu ekipa się rozpierzcha po pokojach.
Niedzielny poranek wreszcie zachmurzony! Da się oddychać i
jechać całkiem przyjemnie. Aby nie było za przyjemnie, okazuje się że z tylnego
koła schodzi mi powietrze. Próby dopompowania kończą się jeszcze szybszym
flaczeniem. Z niedowierzaniem ściągamy moje niezniszczalne Marathony XR i
oglądamy dętkę i oponę. Nic. No to pompujemy jeszcze raz. Jest dobrze do
momentu przestania pompowania - znów flak. I jeszcze raz to samo. Szkoda czasu
na zabawy, więc zmieniam dętkę i po sprawie. Do dziś nie udało mi się wyjaśnić
tej zagadki - dętka po kolejnym pompowaniu bez opony nie puszcza już powietrza.
Wentyl sprawny. Może się jeszcze przyda.
Dzisiejsza trasa wiedzie bardzo bocznymi drogami, wzdłuż wybrzeża Morza Azowskiego, w oddali widać już Mierzeję Arbacką, którą będziemy jechać. Przedzieramy się też przez wydmy, gubimy w lesie, ale w końcu udaje nam się trafić na nocleg - ostatni przed mierzeją. Tu radość - znów prysznic i ciepła woda do dyspozycji! Wieczorem udajemy się do knajpki na plaży i mimo sporego chłodu spędzamy tam trochę czasu.
Kolejne dwa dni trudno zaliczyć do bardzo udanych.
Pokonujemy Mierzeję Arbacką, oddzielającą Morze Azowskie od słonego jeziora
Siwasz. Hasło mierzeja działa bardzo na wyobraźnię - wydaje się nieświadomemu
człowiekowi, że będzie sobie jechał i spoglądał a to na morze, a to na jezioro.
Nic z tego. Owszem, wodę czasem widać, ale ta mierzeja jest na tyle szeroka, że
gdyby nie szum morza, to można by nie wiedzieć, gdzie się jedzie. Dodatkowo
przyjemność z jazdy off-road psuje nawierzchnia. Całe 112 km to albo „tarka" albo
kopny piach... Na szczęście nocleg na plaży pozwala na dostrzeżenie plusów tej
trasy. I kolacja zrobiona przez Briana i Alison, czekająca na nasz przyjazd...
Romantyczny nocleg na plaży psuje poranny sztorm na morzu i
z namiotów trzeba się szybko ewakuować! Dalszą trasę uatrakcyjnia jedynie
strusia ferma w środku niczego, gdzie można zjeść potrawy przyrządzone właśnie
z tych ptaków. I tyle atrakcji. Szczęśliwi trafiamy wreszcie do miejscowości
Szczastliwczewo, gdzie na kempingu czeka nas kolejna impreza pożegnalna.
Dalszy etap Krymu wydaje się już mało ciekawy i praktycznie
nie ma nic interesującego do zobaczenia po drodze, dlatego decyduję się
odłączyć wcześniej od grupy i na własną rękę zwiedzić Bakczysaraj i Jałtę.
Dołącza do mnie Bob, dzięki czemu perspektywa podróżowania elektriczką i
marszrutkami staje się przyjemniejsza. Ostatni dzień pedałowania z Crotosem
średnio przyjemny - większość trasy biegnie główną trasą na Symferopol. Ruch
potężny, a kierowcy ukraińscy nie liczą się z rowerzystami. Mało brakowało, a
zostały by tam nasze trupki, po tym jak trzech kierowców wyprzedzało czwartego...
Ostatni z nich skończył wyprzedzanie na poboczu, wpychając nas do rowu i
mijając Boba o nie więcej niż 1 m... Strach pomyśleć, co by było, gdybyśmy
jechali 1km/h szybciej....
Roztrzęsieni dojeżdżamy w końcu do wioski Solniecznoje Oziero, skąd podobno jutro jedzie pociąg do Symferopola :)
Pociągu podobno nie ma, ale jest nasza (i trzech innych osób) impreza pożegnalna. Niestety, na imprezę przychodzą lokalsi i kradną nam wino, w dodatku szwędają się dookoła namiotów. Atmosfera się psuje i każdy idzie pilnować dobytku. A miało być tak pięknie...
Rano ruszamy sprawdzić ten pociąg, ale okazuje się, że jednak
nie ma. Decydujemy się podjechać na rowerach do następnego dużego miasta
(Dżankoj czy jakoś tak), węzła komunikacyjnego, i tam złapać elektriczkę do
Symferopola. Całkiem przyjemna trasa bocznymi drogami doprowadza nas do
centrum. Bez problemu docieramy na dworzec, gdzie ja, jako osoba „znająca"
rosyjski rozpoczynam działania rozpoznawcze, gdzie tu kupić bilet. Jak już w
końcu znajduję kasę, to okazuje się że pociągi pospieszne nie biorą rowerów i
możemy do Symferopola dostać się tylko elektriczką. Dworzec pociągów podmiejskich
znajduje się kilkaset metrów dalej, więc człapię wzdłuż peronu (nawiasem mówiąc
dworzec zrobił na mnie pozytywne wrażenie - w Polsce nie widziałam jeszcze
takiego luksusowego). W kasie pociągów podmiejskich dowiaduję się, że ostatnia
elektriczka odjeżdża za 15 min, a potem długo długo nic... Nie mamy szans zdążyć
- Bob pilnuje rowerów pół kilometra dalej. Człapię więc z powrotem ze
świadomością 3 godzin na tym uroczym dworcu. Wyjaśniam Bobowi w skrócie
sytuację i jedziemy powoli w stronę dworca. Nie spiesząc się kupuję bilety, a
przemiła pani wyjaśnia mi, że jak mnie przepuszczą przez bramki na peron, to
zdążę jeszcze na ten 11:05 (na zegarze 11:15). No to ja cwałem po Boba i
biegniemy! Strażniczki przepuszczają nas przez bramki i każą jechać po peronie!
Udało się - wskakujemy w pociąg i zanim ruszy zdążymy jeszcze ustawić rowery
tak, by nie przeszkadzały. Zdyszani rozglądamy się po pociągu - wagony dużo
szersze niż w Polsce, ludzi mnóstwo, co chwilę przedziera się przez nasze
bagaże sprzedawca piwa lub słodyczy. Prawdziwy folklor. Jedziemy! Podróż w
sumie bez dalszych atrakcji, jeśli nie liczyć incydentu z babuszką, której Bob
chciał pomóc wyjść z pociągu i wynieść strasznie ciężki wózek (rowery
przeszkadzały). Zwyzywała go bardzo brzydko (akurat użyła tego jedynego
przekleństwa które znam :)), dzięki czemu mieliśmy potem ubaw do samego
Symferopola.
Na miejscu rozglądamy się za noclegiem, gdzie jednocześnie
chcielibyśmy zostawić rowery na 3 dni i już bez balastu ruszyć na wybrzeże.
Udaje nam się znowu fuksem - spostrzegam ludzi z plecakami siedzących przed
budynkiem. W dodatku to Polacy :) Budynek to hostel i na szczęście są wolne miejsca!
Po dłuższych dywagacjach wybieramy opcję luksusową, z łazienką w pokoju. Bez
problemu możemy też zostawić nasze rowery i bagaże na kilka dni. Dzięki pomocy
życzliwego pana ochroniarza wypełniamy szybko papiery meldunkowe (cyrylicą, a
jakże) i wreszcie kierują nas na 4 piętro (wg naszej numeracji to 3). Windy
niet, więc toboły musimy wnosić na dwa razy. Na piętrze trzecim-czwartym
etażowa dumnie prowadzi nas do „apartamentu". A tam - luksusy - nowiutka
łazienka, meble, telewizor i ... klima! Do tego lodówka, czajnik, ręczniki!
Ach!!! Po kilku dniach w brudzie wreszcie można się wykąpać. Jeszcze tylko
instrukcja pani etażowej jak puszczać wodę, w którą stronę przekręcić uchwyt
baterii, żeby była ciepła lub zimna woda! Czekałam tylko na instrukcję
korzystania z toalety :D
Wieczór spędzamy relaksując się w pobliskiej knajpce.
Kupujemy też bilety na pociąg do Bakczysaraju - dawnej stolicy Chanatu
Krymskiego - tym razem bez problemów, bo wiem już że pociągi podmiejskie mają
swoje kasy.
Wczesnym rankiem ruszamy więc na dworzec i wsiadamy do
pociągu, by po godzinie znaleźć się w Bakczysaraju. Tu łapiemy marszrutę
(minibusa) do Monastyru Uspienskiego, wydrążonego w skale prawdopodobnie pod
koniec VIII wieku. Przyodziawszy się przyzwoicie (nakryta głowa i zakryte nogi)
wspinam się po stromych stopniach i wchodzę do środka. Monastyr robi wrażenie -
bogate wnętrze w skalnej pieczarze... Niestety, obowiązuje zakaz robienia zdjęć,
więc niewiele udało mi się sfotografować (jak strażnicy nie patrzyli).
Na dziedzińcu nabieramy świętej wody i ruszamy w głąb doliny do skalnego miasta Czufut-Kale. Twierdza również ma swoje lata, prawdopodobnie rozpoczęto ją drążyć w VI w. Zważywszy na tutejszy klimat mieszkanie tu musiało być całkiem przyjemne J że nie wspomnę o widokach z okna!
W końcu uchetani (z plecakami nie podróżuje się tak
przyjemnie) i ugotowani decydujemy się na odwrót. Do zwiedzenia pozostał
jeszcze tylko Pałac Chanów Krymskich, który niby robi wrażenie, a jednak nie do
końca. Niestety, do Wielkiego Meczetu Chan-Dżami nie udało nam się dostać -
akurat był zamknięty dla zwiedzających. Całość kompleksu położona nad czymś, co
dawniej było rzeczką z wiele mówiącą nazwą „Zgniła Woda". Jeszcze tylko jemy
obiad (zamawiam tradycyjną zupę solankę - taka pomidorowa - i płow, czyli ryż z
mięsem i warzywami, mniam!
Z Bakczysaraju wydostajemy się marszrutką i po ok. 2
godzinach jesteśmy w Jałcie. Na szczęście Bob już tu był, więc szybko kierujemy
się na znany mu nocleg, gdzie są wolne miejsca. Trochę daleko od centrum, ale
znamy już tutejszą „komunikację miejską" i bez problemu poruszamy się po
terenie. Centrum Jałty to przede wszystkim promenada na wybrzeżu, z (a jakże!)
dumnym Leninem i McDonaldsem włącznie. Tłumy ludzi, ale jakoś tu to nie razi.
Do Jałty przyciągnął mnie przede wszystkim Pałac Carski w Liwadii, czyli
miejsce konferencji jałtańskiej z 1945 r., gdzie Stalin, Churchill i Roosevelt
decydowali o kształtach nowożytnej Europy, oddając Polskę pod „zwierzchnictwo"
ZSRR.
Tu niestety przyjemność zwiedzania zepsuła mi jedna
ukraińska wiedźma, która z uporem maniaka śledziła mnie przez kilka pokoi,
żądając zapłaty za możliwość robienia zdjęć. Ciekawe jest to, że zwiedzanie
odbywało się w dużej grupie i każdy robił zdjęcia! Ale widocznie tylko ja
wyglądałam na naiwną i wiedźma postanowiła mnie oskubać. Pytałam kilku osób,
czy one też płaciły za robienie zdjęć i okazało się, że nie. W końcu udało mi
się zgubić wiedźmę, ale zwiedzanie już mi zepsuła.
Dzień kończymy włócząc się po promenadzie i sącząc piwko. Dodatkową atrakcją jest przejazd trolejbusem do hotelu. Szkoda, że tak w nim trzęsie :)
W niedzielę pakujemy dobytek i ruszamy marszrutką do
Symferopola, gdzie odbieramy rowery i śmigamy na lotnisko. Odnajdujemy tam
hotel o dumnej nazwie Paradise (i zupełnie nie pasującym do nazwy wyglądzie
zewnętrznym), gdzie chcemy zanocować. Miejsc niet, ale na szczęście obok jest
jeszcze jeden hotel, który co prawda z zewnątrz wygląda super, ale w środku to
ruina :) Za to jest tanio. Posilamy się na lotnisku i kładziemy się spać wcześniej, bo
odlot mamy wcześnie rano.
Podróż stresująca, bo Ukraińcy robią problem z rowerem Boba,
potem walka o miejsce na rowery w pociągu i w końcu, po ok. 12 godzinach
podróży lądujemy w Trzebini. Uff...

Napisane przez bikefama, sierpień 26, 2009
widać, że zabawa była nie mniej ciekawa jak na naszym GSB
Napisane przez Jakub, sierpień 26, 2009
Ciekawy sposób pisania relacji, nawet pomyślałem, że to Stepy Akermańskie II.
A.. jak będziesz znowu gonić nago przy świetle Księżyca to zrób jakieś zdjęcia, żeby wyobraźni nie trzeba było uruchamiać.
Napisane przez Wojtek, sierpień 27, 2009
Widoki miejscami podobne jak na NZ. . Ehh kiedyś też pojadę na wyprawę rowerową, taka większa mi się marzy, coby po polsku mówili
Napisane przez Jakub, sierpień 27, 2009



w wybranym kierunku i niekoniecznie za granicę.
Chyba lepiej podróżować jak nikt Cie rano nie budzi i zmusza do pakowania się by ruszać
