BikeFama społeczność wszystkich rowerzystów

Jesteś tutaj: Start Turystyka

Turystyka, wyprawy rowerowe, trasy, wycieczki

Charytatywna wyprawa rowerowa do Aten


W połowie sierpnia wyruszyła kolejna wyprawa rowerowa w ramach akcji Stowarzyszenia Zdrowy Rower „Pedałujesz – Pomagasz”. Celem inicjatywy jest zebranie pieniędzy na rehabilitację sparaliżowanego w wyniku wypadku Leszka Buczyńskiego.

Zadanie jest trudne – rowerzyści muszą pokonać ponad 2500 km, góry i drogi 6 państw. Bez gwarancji na pogodę idealną do rowerowej jazdy. W zespole nie ma jednak wątpliwości, jest za to przeświadczenie o sukcesie, który czeka na mecie - ta znajduje się w stolicy filozofii, Atenach . Trasa wiedzie z Pruszkowa przez Słowację, Węgry, Serbię, Macedonię do Aten.

Więcej…

Kringum Island 2010 - Rowerowa wyprawa wokół Islandii Bartka Stasiaka i Magdy Rzychoń - relacja

 

Dzień 0 czyli jak spakować rower.

Po wielu dniach planowania, gromadzenia ekwipunku oraz zbierania informacji wybiła godzina zero – ostatnie wyzwanie to pakowanie się. Linia Iceland Express wyznacza następujące limity bagażu: 10kg w torbie podręcznej, 20kg bagażu rejestrowalnego oraz rower max 12kg. Już pierwsze ważenie rowerów i zaskoczenie – jeden rower to 14.5 kg, drugi z przyczepką 16 kg. Najpierw zapakowaliśmy je w pudła –okazało się, że jedno grube pudło waży 3,5kg, co z i tak już za ciężkimi rowerami naraża nas na duży nadbagaż i dopłaty. Szybko z nich zrezygnowaliśmy, na allegro kupiłem folię stretch używaną głównie do foliowania towaru na paletach w magazynach i sklepach. Następnie przystąpiłem do rozmontowania rowerów, do walizy powędrowały oba widelce, pedały, rogi, bagażniki, części zamienne, klucze serwisowe. Resztę, czyli w zasadzie ramy rowerowe z kołami, owinęliśmy folią (dalej były lekko przeważone, ale mieliśmy nadzieje, że nie będą skrupulatnie pilnować na lotnisku ciężaru). Dodatkowo okazało się, że kupiliśmy za dużo jedzenia. W efekcie wszystkie bagaże były na granicy dopuszczalnego limitu ciężaru a i tak do reklamówki wzięliśmy konserwy z zamiarem znalezienia kogoś na lotnisku, kto je przewiezie dla nas w swoim bagażu.

Więcej…

Relacja wyprawy z Sosnowca na zachodni kraniec Polski - Osinów Dolny


Trzech śmiałków: Sebastian Redziak, Piotr Simka i Paweł Matejski postanowiło spędzić nietypowo wakacyjny czas. 17 lipca 2010 roku to dzień, w którym rozpoczęliśmy wyprawę rowerową z Sosnowca na zachodni kraniec Polski. Był to już drugi etap podróży do najdalej wysuniętych punktów w Polsce (w 2009 roku – Przylądek Rozewie). Trasa przebiegała przez duże miasta naszego kraju. Podczas wyprawy zwiedziliśmy Opole, Wrocław czy Poznań oraz wiele małych i urokliwych miasteczek i wsi, których nie sposób wymienić. Nie straszna nam była ulewa, wiatr czy żar z nieba. W pełni przygotowani do „niespodzianek” aury pędziliśmy na swoich dwukołowych maszynach aby dotrzeć do celu – Osinów Dolny.

Więcej…

Rajd Rowerowy o Puchar Zajazdu Krystyna - 19.09.2010 Ojcowski Park Narodowy - aktualizacja mapa

Zapraszamy do wzięcia udziału w pierwszym Rajdzie Rowerowym o Puchar Zajazdu Krystyna.
Trasa rajdu prowadzi przez niezwykle malowniczy Ojcowski Park Narodowy oraz przebiega obok klasztoru Sióstr Klarysek w Grodzisku. Cała trasa ma ok. 30 km. Nie obowiązują ograniczenia wiekowe.

Więcej…

Rajd rowerowy - "Gwiaździsty Rajd wokół jeziora Drużno"

Stowarzyszenie Łączy Nas Kanał Elbląski Lokalna Grupa Działania, w dniu 12 września 2010 r. organizuje Rowerowy Rajd Gwiaździsty Śladami Mennonitów „Wokół Jeziora Drużno”.

Rajd jest organizowany w ramach projektu „Funkcjonowanie lokalnej grupy działania, nabywanie umiejętności i aktywizacja” realizowanego ze środków Unii Europejskiej w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2007 – 2013.

Więcej…

Wyprawa wzdłuż wschodniej granicy


Przemyśl - Suwałki

lipiec 2010, 750km


Piątek, 9. lipca
Kępno - Kraków (pociąg)

Wyruszamy pociągiem z Kępna do Katowic, gdzie według planu mieliśmy spać na campingu. Kilka godzin później z pewnych względów lądujemy w Krakowie, gdzie po wieczornym “zwiedzaniu” starówki nocujemy. Na rowerach robimy kilka kilometrów.




Sobota, 10. lipca
Kraków - Przemyśl (pociąg) 
Przemyśl - Wyszatyce - Kalników - Korczowa - Wielkie Oczy (~65km)

Odjazd z głównego chwila przed dziewiątą oznaczał dla nas poranną przejażdżkę po Krakowie. Piękna pogoda tak wpłynęła na nasze samopoczucie, że już od wczesnych godzin rannych, po kilku godzinach snu byliśmy gotowi ruszać w drogę.
Około godziny pierwszej, niemalże bez opóźnienia wysiadaliśmy z pociągu na stacji Przemyśl Główny. Humory dopisywały, zjedliśmy obiad (co zajęło nam bagatela dwie godziny) i ok. 15 wyruszyliśmy w trasę. Już po kilku kilometrach upalna pogoda zaczęła dawać się we znaki, co w połączeniu z tragiczną jakością nawierzchni (mam na myśli szczególnie odcinek po przekroczeniu kładki na Sanie) byłoby tragiczne w skutkach. Byłoby. Jednak otaczające nas bezkresne łąki, oceany zbóż, malowniczo położone cerkiewki regenerowały nasze siły i pozwoliły jechać dalej. Tajemnicze, zaczarowane miejsca nie budziły cienia wątpliwości co do swojej polskości, jednocześnie czuć było unoszącą się w powietrzu nutkę dziczy. 
Mieliśmy trudności ze znalezieniem noclegu. Miejscowi radzili, żeby rozbić się na którymś z pastwisk kawałek od drogi. Wybraliśmy jedno w okolicach Budzynia, jednak szybko zostaliśmy przegonieni. Schronienie dał nam ksiądz w parafii Wielkie Oczy, za co jesteśmy mu ogromnie “Bóg zapłać”.



Niedziela, 11. lipca
Wielkie Oczy - Budomierz - Horyniec Zdrój (Radruż) - Werchrata - Wola Wielka (~70km)

Pobudka przed siódmą, msza, śniadanie i w trasę. Miejscowość Wielkie Oczy jest jak najbardziej warta uwagi. Zachowała się tam spora ilość domów drewnianych, układ miejski z rynkiem otoczonym kamieniczkami, synagoga. Dodatkowo jak w wielu innych przygranicznych miejscowościach znajduje się tam cerkiew i kościół. Kilka kilometrów dalej obejrzeliśmy cerkiew w Wólce Żmijowskiej i Sanktuarium na Płomieniu z sosną o pięciu pniach. W Budomierzu przy sklepie zjedliśmy drugie śniadanie. Taki sposób jedzenia ma swoje zalety: możliwość zrobienia zakupów, zajęcia ławeczki na dłuższą chwilę czy też zapytania miejscowych o drogę, co niejednokrotnie kończyło się kłótnią pomiędzy panami Zdzichem i Frankiem (każdy z nich znał “lepszy” wariant).
Żar lejący się z nieba nie pozwalał jeździć w godzinach południowych. Niemalże każdego dnia byliśmy zmuszeni robić długie przerwy, co ewidentnie wpłynęło na średni dzienny przebyty dystans. W Horyńcu zaszyliśmy się na kilka godzin w okolicach zalewu. Wymoczyliśmy nogi, napełniliśmy żołądki strawą i napitkiem wszelakiej maści, po czym udaliśmy się do Radruża z zamiarem zwiedzenia tamtejszego kompleksu cerkiewnego - jak wielokrotnie powtarzała nasza pani przewodnik - zabytku klasy zerowej. 
Nocowaliśmy w gospodarstwie agroturystycznym w Woli Wielkiej, miejscowości gdzie oglądaliśmy kolejną drewnianą prawosławną świątynię. Gospodarstwo to znajduje się przy drodze na samym wylocie z wioski w stronę Łukawicy. Właściciele mili i otwarci na rowerzystów, jest możliwość rozbicia namiotu, osobiście szczerze polecam.



Poniedziałek, 12. lipca
Wola Wielka - Susiec - Józefów - Zwierzyniec (~65km)

Dzięki doskonałej nawierzchni drogi odciek Wola Wielka - Susiec pokonaliśmy poruszając się z prędkością bliską prędkości światła, jednak jeszcze przed jedenastą dopadł nas skwar. Nie wystawiając nosa z klimatyzowanego lokalu którejś z miejscowych restauracji wegetowaliśmy tam, dopóki wyjście na zewnątrz nie groziło poparzeniem, udarem, wycieńczeniem organizmu, wysypką z powikłaniami i marną śmiercią czyli po godzinie szesnastej.
Zadziwieni pięknem otaczającego nas krajobrazu dotarliśmy do Zwierzyńca - miejscowości, której smak znaliśmy już od kilkudziesięciu kilometrów za sprawą miejscowego browaru.

 


 

Wtorek, 13. lipca
Zwierzyniec - Zamość (~30km)

Nie da się ukryć, ilość przejechanych kilometrów na dzień dramatycznie spadła. Jak wcześniej wspominałem powód tendencji zniżkowej był jeden - jakże znienawidzony i przeklęty przez uczestników wyprawy piekielny upał. Codzienna kilkugodzinna siesta była tragiczna w skutkach dla naszej kondycji fizycznej. Mówiąc matematycznie dzienny dystans pokonany na rowerach (w kilometrach) był odwrotnie proporcjonalny do pochłoniętego lokalnego złocistego trunku (w litrach, najlepiej podawać schłodzony). Przynajmniej w naszym przypadku.

Wtorek zaczęliśmy od zwiedzania Zwierzyńca, później udaliśmy się nad stawy Echo by zażyć trochę kąpieli, ostudzić choć trochę nasze rozgrzane do czerwoności ciała.

Tego dnia planowaliśmy jeszcze dojechać do Zamościa (ambitnie, wiem), odcinek ten był jednym z piękniejszych pod względem jakości otaczającego nas krajobrazu. Jak się później okazało była to uwertura do samego miasta Zamościa, które po prostu zachwyca.

Tutaj zaczęły się problemy ze sprzętem. Uciekające śpiwory, spadające skawy, nieusłuchany bagażnik i inne historie. Ktoś mi kiedyś powiedział, że dobre sakwy są na wyprawie gwarantem spokoju. Zgadzam się z tym stwierdzeniem w stu procentach, jeździłem z Crosso Expert i jestem kontent. Zero problemów.

 

 



 

Środa, 14. lipca

Zamość - Skierbieszów - Siennica Różana - Chełm - Wola Uhruska (~105km)

 

Z tego odcinka najlepiej zapamiętaliśmy (może inaczej - nasze nogi zapamiętały) mordercze podjazdy. Wydaje mi się, że “mordercze” to odpowiednie słowo biorąc pod uwagę niesprzyjające warunki atmosferyczne. Kilkukilometrowe odcinki czasem do 10% nachylenia terenu w nieludzkim skwarze i w towarzystwie much końskich niezbyt optymistycznie nastawiały nas na resztę dnia. Ktoś tam na górze zlitował się nad nami dopiero po południu. Intensywny deszcz szybko zmienił gładką nawierzchnię asfaltowej drogi w rwący górski potok. Takie niespodzianki się zdarzają, dlatego warto zadbać przed wyjazdem, aby sakwy były wodoszczelne.

 

Około dwie godziny poświęciliśmy na zwiedzanie Chełmu i udaliśmy się dalej. Ze względu na zbliżający się zmierzch rozglądaliśmy się już za noclegiem. Oglądając piękny zachód słońca dotarliśmy do miejscowości Wola Uhruska, gdzie mieliśmy swoje pierwsze spotkanie z Bugiem. Schronienie znaleźliśmy w schronisku młodzieżowym urządzonym w szkole podstawowej na okres wakacji. Warto korzystać z ich usług - za parę złotych (bodajże 8 zł bez legitymacji szkolnej) dostaje się dach nad głową, coś w rodzaju aneksu kuchennego, łóżko polowe i rower pod kluczem przez noc. Znam ludzi, którzy kiedy śpią w namiocie trzymają koło roweru. W takim przypadku nawet jedna noc pod kluczem jest ogromnym błogosławieństwem. Po drodze widzieliśmy więcej takich schronisk, dobrze jest więc pytać w większych miejscowościach o szkoły i po prostu nie przepłacać.


 

Czwartek, 15. lipca

Wola Uhruska - Włodawa - Sławatycze - Jabłeczna - Kodeń - Terespol (~115km)

Trasą wiodącą przez mokradła, lasy, stepy i wioski pełne drewnianych chat dotarliśmy do Orchówka, tam zjedliśmy śniadanie. Pierwszy sklep znaleźliśmy po 30 km przejechanych na czczo. Najedzeni udaliśmy się do Włodawy, gdzie właśnie odbywał się festiwal muzyki folklorystycznej. Pobieżnie zwiedziliśmy miasto i mimo upału ruszyliśmy dalej. Niedługo potem tradycyjnie trzeba było znaleźć miejsce, gdzie moglibyśmy się schować przed słońcem na kilka godzin. Zatrzymaliśmy się w Jabłecznej. Wioska ta znana jest głównie ze względu na jeden z pięciu prawosławnych monasterów w naszym kraju. Podczas postoju nadarzyła się okazja nawiązać bliższy kontakt z miejscowymi. Zaczęło się standardowo - pytania skąd i dokąd jedziemy, jednak chwilę później pojawił się starszy pan który stwierdził, że “na hanysów nie wyglądamy” i wysłał młodego po harmoszkę. Półtoragodzinny solowy recital wypełniony piosenkami rodem z obu stron Bugu wprawił nas w osłupienie. Chwilę później były już tylko tany i dzikie pląsy:). Dziadek wyśpiewywał tak sprośne piosenki, że tylko rozglądał się, czy jakaś baba nie idzie, bo z pewnością zarobiłby w pysk. Był również doskonałym konferansjerem, w przerwach między utworami zręcznie rzucał anegdotkami. To o babach, to o życiu, głównie jednak ograniczając się do tego pierwszego. Nie dawał nam odjechać. Zawsze miał coś jeszcze do powiedzenia i ze dwie piosenki. Cudem udało się nam opuścić Jabłeczną i mimo później pory dotarliśmy do Terespola jeszcze przed zachodem słońca. Przeżyliśmy istne spotkanie trzeciego stopnia z folklorem.

W Terespolu kolejny raz skorzystaliśmy z usług schroniska młodzieżowego zorganizowanego tym razem w liceum. Od rodowitych Terespolanek (w wieku gimnazjalnym) dowiedzieliśmy się, że jeśli w ich mieście jest coś ciekawego, to tylko festyn w sobotę:).

 


Piątek, 16. lipca

Terespol - Janów Podlaski - Gnojno - Serpelice - Fronołów (~75km)

Fronołów - Hajnówka (pociąg)

Hajnówka - Białowieża (20km)

 

Upał. Pani księgowa odprawiła nas krzyżem na drogę. Po drodze mijaliśmy bardzo dużo rowerzystów, głównie grupami i bez sakw. Okolica przyciąga turystów pięknymi krajobrazami przełomu Bugu. W Gnojnie mieliśmy okazję się przez owy Bug przeprawić promem, z czego jednak nie skorzystaliśmy. Do samego Fronołowa droga upłynęła nam bez większych przygód. Po krótkiej sieście wsiedliśmy do pociągu i udaliśmy się do Hajnówki. Odcinek Hajnówka - Białowieża był dla mnie osobiście bardzo pechowy. Dwie gumy naraz w jednym rowerze to nieczęsto spotykana rzecz. Zaryzykuję stwierdzenie że wymiana dętek w środku białowieskiej puszczy była jedną z największych atrakcji tego dnia.


Sobota, 17. lipca

Białowieża - Narewka - Bondary - Jałówka (~70km)

Poprzedniego dnia wieczorem za bardzo skolegowaliśmy się z Żubrami, co zaowocowało pobudką około południa i brakiem jakiejkolwiek chęci ruszania się z Białowieży. Jednak po zwiedzeniu najciekawszych miejsc w okolicy ruszyliśmy w stronę Narewki. Jadąc przez białowieską puszczę coś użarło kolegę Murzyna w palec. Kiedy opisał nam jak to coś mniej więcej wyglądało, zgodnie stwierdziliśmy, że właśnie znajdujemy się w lesie Fangorn, a ów latający imć to sam czarny Nazgul na swoim smoku:).

Tego dnia najbardziej przypadł mi do gustu odcinek od Juszkowego Grodu do Jałówki. Tereny słabo zaludnione mają jednak swoje wady. Trudno znaleźć nocleg. Całą nadzieję pokładaliśmy w Jałówce, jakże jednak się zawiedliśmy. Ludzie patrzyli się na nas, jakbyśmy spadli z księżyca. Tak też sami się czuliśmy. Do najbliższej szkoły 26 km, więc schronisko odpada. Gospodarstwo agroturystyczne? “U nos panie ni mo, ale jest hotel”. Alleluja. Ładny, nowy budynek, ale brama zamknięta, a domofon głuchy. Rozważaliśmy jeszcze kilka wariantów: sołtys, proboszcz, pop? Ten ostatni zaoferował nam trawnik za cerkwią, z którego bez chwili namysłu skorzystaliśmy.

 


Niedziela, 18. lipca

Jałówka - Kruszyniany - Krynki - Sokółka (~65km)

Sokółka - Suwałki (pociąg)

Suwałki - Stary Folwark (~10km)

W Jałówce długo nie zabawiliśmy. Chwilę po czwartej rano byliśmy na nogach. Mając perspektywę pokonania niemal 25 kilometrów szutrem nie było innego wyjścia. Powód był oczywisty - słonecko, którego podczas wyjazdu nigdy nie brakowało. Po przejechaniu tego odcinka do listy powodów wczesnego wyjazdu mogliśmy dodać jeszcze jeden - wschód słońca na podlaskich stepach. Coś niebywałego.

Jeszcze przed wyruszeniem na wyprawę planowaliśmy zajechać do tatarów w Kruszynianach na jakieś ichniejsze żarcie. Pech zechciał jednak żebyśmy wylądowali tam o szóstej rano w niedzielę. Tak więc innym razem:). Obejrzeliśmy jeden z dwóch meczetów w naszym kraju i ruszyliśmy do Krynek z nadzieją napotkania jakiegoś czynnego sklepu, bo tak się niefortunnie złożyło, że byliśmy jeszcze bez śniadania. Przyszło nam czekać aż do godziny ósmej.
Po drodze do Sokółki rozpętało się piekło. Tego dnia miał paść kolejny temperaturowy rekord.

 

Był to ostatni dzień kiedy pokonaliśmy większą ilość kilometrów na rowerach. Mieliśmy możliwość powrotu do domu z Sokółki, nikt jednak nie miał najmniejszego zamiaru odpuszczać sobie tego jednego dnia w Suwałkach. Nocowaliśmy w schronisku PTTK nad Wigrami. Świetna lokalizacja i śmiesznie niskie ceny - szczerze polecam.

 

Poniedziałek 19. lipca

Stary Folwark - Suwałki (~10km)
Suwałki - Białystok (pociąg)

 

Wtorek, 20. lipca

Białystok - Kępno (pociąg)


Galeria zdjęć z wyprawy

 

 

Wyprawa Andanza de Honker dojechała do granicy

Korzystając z faktu, że udało nam się dostać do Internetu, pragniemy przesłać Wam pozdrowienia z trasy! Przejechaliśmy 383 kilometry, dziś dojedziemy do granicy w Zgorzelcu, i być może ją przekroczymy.

Więcej…

Ukraine Castle Tour 2010

Nasz cel:
Chyba każdy marzy o podróżowaniu, poznawaniu miejsc dotychczas oglądanych tylko na fotografiach, doświadczaniu na własnej skórze wszelkich atrakcji związanych z "odkrywaniem" nowych terenów. My nie tylko marzymy, ale chcemy wcielać w życie nasze plany, stąd też rodzą się pomysły na różne wyprawy rowerowe. Choć każdy z nas jest inny, łączy nas ciekawość świata, zamiłowanie do wyzwań i spędzania czasu pośród dzikiej przyrody. Wciąż wyznaczamy sobie nowe cele, dlatego też i w tym roku planujemy "podbić" nowe tereny. Wybór nasz padł na Ukrainę. Wyprawa, która odbędzie się w 3 pierwszych tygodniach sierpnia, będzie wymagała od nas sporego wysiłku, gdyż mamy zamiar pokonać prawie 2000 km po słabo zaludnionym terenie, jak i odwiedzić tętniący życiem i kuszący niezapomnianymi krajobrazami Krym. Interesuje nas zgłębienie historii tamtejszych terenów, jak również poznanie obyczajów i tradycji ukraińskiej ludności, oraz przekonanie się na własnej skórze, co znaczy tamtejsza "gościnność". Nasza trasa będzie wiodła przed zachodnią i południową Ukrainę.

Więcej…

Rowerem dookoła Polski w 30 dni


Pomysł wyprawy rowerowej dookoła Polski, zakwitł w mojej głowie kilka lat temu, niestety wtedy nie byłem w odpowiedniej formie by dać radę tę trasę pokonać. Po kilku latach treningów oraz wypraw rowerowych postanowiłem ruszyć w trasę Dookoła Polski.

Więcej…

Pielgrzymka rowerowa do Ziemi Świętej - 3-6 dzień

16.05.2010 niedziela - 3 dzien pielgrzymki

O 7 rano uczestniczylismy aktywnie we Mszy Sw. w Kosciele Sw. Piotra Apostola – Andrzej Podolski i Kzimierz Glinkowski czytali Pismo Swiete, a ja na koniec (w ramach ogloszen) opowiedzialem w kilku zdaniach o naszej pielgrzymce. Nasrtepnie bylo kilka wywiadow i sniadanie z ksiedzem proboszczem Eugeniuszem Graczyk. Ok. 9 ruszylismy w droge przejezdzajac obok Zamku Ksiazat Mazowieckich.

 

Więcej…

Pierwsze dwa dni Pielgrzymki rowerowej do Ziemi Świętej


14.05.2010 piątek
Ostatnią noc spędziłem w schronisku w Sopocie razem z Andrzejem Mrozek i Bogdanem Peszko. Rano udaliśmy się do Katedry Oliwskiej na Mszę, której przewodniczył Bp Ryszard Kasyna. Akurat dzisiaj ruszała także najstarsza w Polsce pielgrzymka Oliwska – po raz 392 pielgrzymi szli do Wejherowa. Po Mszy, na którą dołączyli Kazimierz Glinkowski, Marcin Idziński, Andrzej Podolski oraz jego brat Jerzy, udaliśmy się na szybkie śniadanie, a po nim na start w Sopocie na Boh. Monte Cassino. Tam dołączył ostatni uczestnik pielgrzymki Aladin Brwiliński, który dopiero wraca do zdrowia po poważnym przeziębieniu.

Więcej…

Strona 1 z 20