23.07.2008 r. sroda
107 dzień wyprawy
Nie pospalem sobie dlugo - obudzilo mnie pukanie do drzwi. To byl recepcjonista z informacja, ze jezeli chce spac dalej, to musze mu dac paszport. Zamurowalo mnie. Jestem przeciez "na dziko", wiec jest on mu zbedny. Wymyslilem wiec historyjke, ze wieczorem bylem na imprezie i paszport dalem kolezance, a pozniej zapomnialem go od niej wziasc. Jak chce to moge go mu przyniesc rano. Skonczylo sie pakowaniem i kimaniem na krzesle do 7-ej rano u niego w recepcji. Pozniej poszedlem do sklepu GIANTa, gdzie portier udostepnil mi sanitariaty. Ok. 8-ej wypralem sie na krotki spacer (od samego rana slonce swiecilo bardzo mocno). Moglem zobaczyc codzienne zycie miejscowych sklepikarzy. Wiekszosc z nich mieszka na zapleczu swoich sklepow, a sniadanie sobie przygotowuje po ich otwarciu na oczach klientow. Na bazarze swierze mieso "podgrzewalo" slonce, mieso z kury lezalo obok klatek z zywymi kurami do sprzedazy. A zapach - lepiej zapomniec!