BikeFama społeczność wszystkich rowerzystów

Jesteś tutaj: Start Turystyka Koniec pierwszego etapu - Patagoński Triatlon

Koniec pierwszego etapu - Patagoński Triatlon


Próbuję coś skonstruować. Jakieś zdania, które opiszą moją radość i satysfakcję z ukończenia jazdy i zarazem pierwszego etapu wyprawy.
Ale nie wiem co napisać… Jak ubrać w słowa ostatnie dwa miesiące walki i samozaparcia, które doprowadziły mnie do celu?

 





Przejechałem 2000km. W deszczu, na śniegu, po szutrze i na wietrze.
Z reguły było zimno i mokro. Trawiło mnie zmęczenie i głód.
Patrząc na siebie w lustrze, widzę wychudzoną postać. Brak tłuszczu, który chroniłby mnie od zimna.
Zanim ruszę na lodowiec, muszę podnieść swoją wagę. Nabrać masy mięśniowej i tłuszczu.

Dzisiaj dojechałem do El Chalten. Po raz pierwszy przy pięknej pogodzie! 
Wieczorem czeka mnie asado i butelka malbeca. A potem gorący prysznic i wygodne łóżko.
A jak! Należy mi się! J

A co się działo ostatnimi dniami?
Hmm… Jakby to opisać i nie powtarzać słowa „wiatr”?


W Chile wiało ostatniego dnia.
W Argentynie codziennie.
Zresztą ten delikatny kaszelek, na który wysiliła się chilijska kordyliera, nie ma nawet prawa być porównywana do tego, co się działo w prowincji Santa Cruz.
Fakt, że na drodze do Puerto Ibanez wiatr potrafił zwolnić mój zjazd do prędkości raczkującego brzdąca, ale był to odosobniony przypadek. Poza tym dopiero na pampie zobaczyłem, a raczej odczułem, czum jest tłoczone ciśnienie, zatrzymujący mój rower… prowadzony przeze mnie!

Dokładnie tak jak piszę!
Po raz pierwszy miałem okazje przekonać się, że zjechać z górki, to nie takie proste zadanie.
Ba!
„Zjechać”, to słowo wypowiedziane dużo na wyrost.
Ja „wjeżdżałem” z górki na najniższej przerzutce, walcząc o równowagę i jazdę w odpowiednim kierunku.
Na prostej, nie mówiąc już o podjazdach, pchałem rower.
Często byłem przekonany, że rower jest zrobiony z żelbetonu. Czułem jakbym pchał załadowanego stara.
Wielokrotnie na szutrze, wiatr spychał mnie lub też wywracał na śliskich kamieniach.
Moje nogi zaczynały wyglądać jak praca magisterska malarza-plastyka. Pełna sinych plam i kresek.

Mięśnie nóg już po dwóch dniach walki trawił kwas mlekowy. Trzeciego dnia kombinowałem, gdzie zrobić dzień odpoczynku. Czwartego wyłączyłem umysł aby organizm się nie zbuntował. Piątego czułem się jakbym ukończył kilka maratonów z rzędu i obchodził sto siódme urodziny. Szóstego wiedziałem, że siódmego nie będzie, bo nogi mówiły: BASTA! i po prostu nie chciały pedałować.

Zatem dlaczego nie zrobiłem sobie dnia odpoczynku?
Otóż był jeden mały szczegół, a raczej dwa, które nie pozwalały mi na zrobienie postoju wcześniej.
Pierwszy, to notoryczny brak wody. To co udało mi się napotkać po drodze, miało często kolor heinekena i pieniło się jak ludwik. Smak daleki od dobrego browaru, a bóle brzucha, które mnie nachodziły, były i tak małą ceną, za możliwość zrobienia posiłku czy gorącej herbaty.
A drugi ,to niedziałająca kuchenka Primus (jak oni śmią nazywać to dziadostwo Expedition?!) , a co za tym idzie, ograniczone możliwości przyrządzenia posiłku.
Na szczęście miałem ze sobą rezerwową kuchenkę na gaz, której kartusz był niestety na ukończeniu.
Dlatego też nie mogłem zatrzymać się, aby zregenerować siły, bo nie miałbym co jeść (prawie wszystko co miałem do spożycia, wymagało gotowania).
Czwartego dnia rozpocząłem akcję „Ratujmy świat! Oszczędzajmy paliwo!” i raz dziennie, pozwalałem sobie coś ugotować. Do wyboru: gorąca herbata lub woda na makaron, oraz czy robię to rano czy wieczorem.

Dlatego też dopiero szóstego dnia, kiedy dojechałem w pobliże małego pueblo Tres Lagos, mogłem zrobić sobie przerwę. Tam zostałem ugoszczony przez rodzinę, prowadzącą stację paliwa YPF.
Do dyspozycji miałem kuchenkę i gorącą wodę pod prysznicem (!).

W Tres Lagos zaczynałem też wierzyć w zwycięstwo, w tej jakże trudnej bitwie o Santa Cruz.
Zostało do pokonania ostatnie 130km drogi i to drogi asfaltowej (!).
Niestety etap ten miał jedną wadę; droga do El Chalten prowadziła w kierunku zachodnim. Czyli idealnie na wprost mojego największego rywala: wiatru!

Jakież zatem było moje zaskoczenie, kiedy dnia następnego (dzień wcześniej padał śnieg), obudziłem się w ciszy i przy promieniach słońca.
Dwa ostatnie dni wyśmienitej pogody!
Wyż z nad Antarktydy przyniósł bardzo zimne powietrze ale i bezchmurną i co najważniejsze, bezwietrzną pogodę.

Przy takich warunkach do El Chalten mogłem dojechać tego samego dnia, ale zdecydowałem się nocować 25km przed pueblo , aby o wschodzie słońca podziwiać piękne szczyty, widoczne przede mną.

Bitwa o Santa Cruz zakończyła się przed czasem.
Tak też zakończyła się pierwsza część ekspedycji Patagoński Triatlon 2009.

Written by :
Foreight_Admin
Points: 0
 
Komentarze (0)Add Comment

Napisz Komentarz
smaller | bigger

busy

Polecamy: portal społeczności dla miasta chrzanów i najbliższych okolic | wynajmij na imprezę limuzyny bydgoszcz | usługi Sprzątanie Kraków tanie i skuteczne, polecamy usługi fotograficzne fotografia ślubna tarnowskie góry i śląsk. Ćwiczenia jogi na śląsku Joga Gliwice i okolicach. A jeśli już jesteśmy przy temacie ćwiczeń to zobacz koniecznie klub sportowy katowice, zajęcia fitness, sztuki walki i relaksacyjne