
31 lipca (piątek)
„A droga długa jest, niewiadomo gdzie ma kres”. Słowa piosenki zespołu Akurat bardzo pasują do naszej podróży do Szkocji. Scotland Castle Tour to moja pierwsza tak długa wyprawa rowerowa. Początkowo były to tylko kilkudniowe wypady za miasto. To, co przeżyłam w sierpniu na długo zostanie w mojej pamięci. Wyruszyliśmy 31 lipca około godzimy 10:00 z Czerska. Do Paryża jechaliśmy przez Niemcy autostradą, z którą nieodłącznie kojarzyć mi się będzie napis AUSFAHRT, pojawiający się co jakiś czas przed moimi oczami i oznaczający zjazd. Belgia i Francja były już bardziej ciekawe, niż niemieckie tereny.

Zjechaliśmy z autostrady i do samego Paryża dotarliśmy mniej uczęszczanymi, czasami wręcz prowadzącymi przez malownicze wsie drogami. To pozwoliło nam podziwiać piękne tereny tych państw. W drodze bardzo pomógł nam GPS, ponieważ nawigowanie przy tak dużej ilości skrzyżowań, nie należy do prostych. To dzięki niemu, po ok 26 godzinach jazdy, przerywanych kilkoma postojami, żeby nie zamęczyć naszego jedynego kierowcy, dotarliśmy do Paryża.


1 sierpnia (sobota)
Przedmieścia Paryża zaczynały się już ok. 20 km od centrum. Na jednym z podmiejskich parkingów zostawiliśmy samochód i przesiedliśmy się na nasze rowery, by móc zwiedzić stolicę Francji. To, co od razu przykuło mój wzrok to wielokulturowość i różnobarwność strojów. Kolorowe, afrykańskie ubrania przepięknie wyglądały na ich właścicielach. W dotarciu do centrum pomogły nam mapy powieszone na przystankach autobusowych. Co ciekawe, nie tylko my, jako sposób na zwiedzanie Paryża wybraliśmy rowery. Było tam wiele miejsc, w których można wypożyczyć specjalne bicykle i poruszać się po ścieżkach rowerowych. Turyści chętnie z nich korzystali.
Tego dnia zwiedziliśmy Katedrę Notre Dame, robiliśmy kółeczka wokół piramidy Luwru jak również przedzieraliśmy się przez tłumy turystów na Polach Elizejskich. Gdy zapadł zmrok, Paryż rozświetlił się milionami lampek, które tworzyły niesamowitą atmosferę. Około północy znaleźliśmy się u podnóża oświetlonej Wieży Eiffla, stalowego kolosa, który tak licznie odwiedzany jest przez turystów całego świata. Nocleg mieliśmy niezapomniany, bo spaliśmy dosłownie pod jedną z jej czterech „nóg”. Niestety muszę przyznać, że z tej perspektywy stalowy kolos nie robi takiego wrażenia. Mieliśmy pecha, ponieważ w nocy zaczęło padać, a żelazna konstrukcja nie dawała w pełni schronienia przed deszczem. Chyba pogoda chciała nas przyzwyczaić do szkockiej aury. Po spięciu rowerów wskoczyliśmy w podarowane przez firmę Loap śpiwory, licząc że nas z stamtąd ochroniarze nie wygonią. Widać stróże prawa lubią turystów i do godz. 7:00 żadna pobudka z ich strony na nas nie czekała. Napływowi handlarze byli jednak innego zdania toteż o 5:00 nad ranem jeden z nich zafundował nam pobudkę chcąc sprzedać miniaturkę wieży Eiffla. Na szczęście była to jedyna, nie licząc deszczu, nocna niespodzianka Paryża.

2 sierpnia (niedziela)
Rankiem udaliśmy się na mszę do Katedry Notre Dame, znanej nie tylko z powieści o Dzwonniku. Jest to przede wszystkim największa, tak dobrze zachowana, gotycka budowla średniowiecznego duchowieństwa. Wybudowanie jej trwało prawie 170 lat. Powstała ona w okresie wypraw krzyżowych i od tego momentu królowała wśród francuskich kościołów. Przetrwała nawet rewolucję francuską, podczas której od zniszczenia uratował ją paryski mieszczanin, który puścił plotkę, że jej zburzenie może naruszyć okoliczne budynki. Msza odbyła się z rozmachem godnym historii tej świątyni, niestety żadne z nas nie zna francuskiego, więc niewiele zrozumieliśmy. Kolejnym miejscem, które odwiedziliśmy było Sacre Coeur. Musieliśmy się do niego wspinać pod dość wysokie wzniesienie, jednak widoki na całą stolicę rekompensowały trud wspinaczki. Dookoła świątyni trwało coś na wzór festynu – stragany z pamiątkami, muzyka, śpiew. Ponownie mieliśmy okazję pośmiać się z nielegalnych handlarzy uciekających przed Radkiem. Naprawdę napis na jego koszulce działał cuda. Gdyby więcej osób chodziło w koszulce „FBI”, miasto zarobiłoby dużo więcej na handlu aniżeli obecnie. Mieliśmy okazję zapoznania się ze sposobem szybkiego przemieszczania się nielegalnych handlarzy z ich towarem. Pamiątki, które sprzedawali położone były na kocu, który powiązany był na rogach sznurkami. Każdy z rogów koca połączony był z przeciwległym tak by w razie niebezpieczeństwa (Policji) móc szybko zwinąć „stragan” i uciec ze wszystkim.
Po zjedzeniu obiadu, wpatrzeni w przepiękne widoki na panoramę Paryża, zaczęliśmy kierować się w stronę pozostawionego na parkingu samochodu, co było nie lada wyzwaniem ze względu na odległość i plątaninę ulic. Gdy w końcu go odnaleźliśmy, zapakowani ponownie do samochodu ruszyliśmy w dalszą trasę do Szkocji. Kierowaliśmy się do Dunkierki, skąd promem przeprawiliśmy się na Wyspy.

3 sierpnia (poniedziałek)
Gdy byliśmy już na stałym lądzie musieliśmy przyzwyczaić się do ruchu lewostronnego, z czym Szymon świetnie sobie poradził. Niestety zjeżdżając z promu nie udało się uniknąć przytarcia podwozia. Początkowo wydawało się, że nic się nie stało. Wizyta na stacji benzynowej rozwiała niestety nasze założenia. Urwaliśmy zaczep od bagażnika rowerowego mocowanego na hak holowniczy. Całe szczęście, że rowery się utrzymały. Ponad godzinę zajęło Szymonowi kombinowanie, z czego i jak zrobić zabezpieczenie, które miało nam wystarczyć na ponad 4 tysiące kilometrów jazdy samochodem. Udało się to na szczęście niskim kosztem za pomocą metalowych opasek zaciskowych oraz drutu. Gotowi do dalszej podróży wyjechaliśmy o 3:00 w nocy z Dover. Szkocja zaraz na dzień dobry przywitała nas lekkim deszczem. Widoki, które mogliśmy podziwiać z samochodu już wtedy mówiły nam, że to będzie niezapomniana wyprawa. I tak właśnie było!
Zabawne (z perspektywy czasu) wydają mi się ostatnie metry dojazdu do Inverness. Mieliśmy dużo szczęścia, że wcześniej zatankowaliśmy do pełna bak, bo jak się później okazało przez blisko 200 km nie natrafiliśmy żadnej stacji paliw! Do Inverness wjechaliśmy na oparach, a do najbliższej stacji zjechaliśmy na luzie, bo szczęśliwie mieściła się ona u podnóża górki.
W Inverness zatrzymaliśmy się u Gosi i Grahama, znajomych Szymona, przez których zostaliśmy ugoszczeni po królewsku! Dziękujemy!

4 sierpnia (wtorek)
Trasa: Inverness – Lochslin. Pokonana odległość: 106 km
Nareszcie wyspani! Przyszedł czas by ponownie wsiąść na rower, ale tym razem na troszkę dłużej. Sporo czasu zajęło nam przepakowywanie, montowanie sakw do rowerów, oraz zaparkowanie samochodu gdzieś na drugim końcu miasta. Północna pętla rozpoczęta.
Tego dnia Szkocja przywitała nas przepięknym słońcem i świetną pogodą. Krajobrazy, jakie mieliśmy możliwość obejrzeć zaparły nam dech w piersiach. Na żadnej z dotychczasowych wypraw nie zetknęłam się z tak pięknymi widokami! Mimo późnej pory wyjazdu przejechaliśmy sporo kilometrów, bo aż 106. Nocleg znaleźliśmy na polu niedaleko pewnego gospodarstwa. Rozbijając namioty podczas zachodzącego słońca mogliśmy podziwiać przepiękną podwójną tęczę rozpościerającą się na horyzoncie. Gdy już myślałam, że nie może być lepszego zakończenia dnia, szkocki gospodarz wprowadził mnie w osłupienie. Postanowił wyjść sobie na powietrze i pograć na dudach (nie mylić z kobzą). Wiedząc, że jest to niezmiernie rzadki obrazek nie posiadałam się ze szczęścia, iż właśnie nam się taki piękny koniec dnia przytrafił. Teraz dopiero poczuliśmy te szkockie klimaty.

5 sierpnia (środa)
Trasa: Lochslin – Mid Clyth. Pokonana odległość: 116 km
Pobudka o 6 rano. Nasza koleżanka Agata świetnie sprawdziła się w roli budzika. Ta jakże niewdzięczna rola przypadła jej aż do końca wyprawy.
To był dopiero drugi dzień podróży, a ja miałam już potworny kryzys. Bolało mnie absolutnie wszystko, począwszy od butów, aż po czubek nosa. Jechało mi się znacznie ciężej, gdyż płaski teren przemienił się w kilkunastoprocentowe podjazdy, a piekące słońce również nas nie oszczędzało. Wtedy właśnie targały mną wątpliwości. „Co ja sobie myślałam wybierając się w taką podróż? Rozumiem, że cel był szczytny, ale nie wiem czy podołam.” Reszta ekipy nie dawała tego po sobie poznać, ale podskórnie czuli, że gdyby nie wyższy cel, zwiedzić Szkocję, to wróciliby do Inverness.
Całe szczęście, że istnieje coś takiego jak „efekt górki”- tam gdzie jest podjazd, za chwilę będzie i zjazd. Te krótkie momenty sprawiały, że jazda stawała się przyjemniejsza, gdyż niesamowitą frajdą było zjeżdżać z dużej wysokości z zawrotną prędkością, czując tylko wiatr we włosach i świst w uszach. Szymon pobił nawet swój życiowy rekord prędkości. Pamiętam „banana” na jego twarzy zaraz po zjeździe z długiej na milę górki. Szybko go jednak przełknął, gdy okazało się, że czeka go równie stromy i prawie tak samo wysoki podjazd, z jakim przyszło nam się zmierzyć zaraz po zjeździe. Później miał cały czas nadzieję, że uda mu się ponownie pobić dotychczasowy rekord.
Jadąc dalej wzdłuż wybrzeża Morza Północnego szukaliśmy miejsca, gdzie moglibyśmy przyrządzić obiad. Doszliśmy do wniosku, że zielona trawka na środku ronda to idealne miejsce i do tego z widokiem na morze. Wielu mijającym nas podróżnym chyba nasz pomysł się spodobał i zaczęli do nas machać i robić zdjęcia. Jednak głód zwyciężył i nie zwracaliśmy na nich uwagi, tylko zajadaliśmy się przysmakami przywiezionymi jeszcze z Polski.
Po drodze mijaliśmy ruiny średniowiecznych zamków i zatrzymaliśmy się w Katedrze Dornach, w której to zauważyliśmy ciekawie wyglądającą mapę świata. Było do niej poprzyczepianych mnóstwo małych chorągiewek. Zorientowaliśmy się, że odwiedzający to miejsce turyści w ten sposób zaznaczają miejsca z których przybyli. My również pozostawiliśmy po sobie pamiątkę i przypięliśmy flagę w miejscu północnej Polski.
Ostateczny odpoczynek mieliśmy z widokiem na morze. Nie udało mi się niestety doczekać zachodu słońca, ponieważ zmęczona zasnęłam w namiocie.

6 sierpnia (czwartek)
Trasa: Mid Clyth - Forss. Pokonana odległość: 127 km
Rankiem do naszego obozowiska wtargnął nieproszony gość. Obudziliśmy się ze świadomością, że coś skrada się obok naszego namiotu. To, co zobaczyłam po wyjściu z namiotu było totalnym zaskoczeniem. Tuż przy nas, niczego nie obawiając się kicało kilka zajączków. Później widzieliśmy spore gromadki tych zwierzaczków na podwórkach, poboczach i na ulicy. W Szkocji jest ich całe mnóstwo. Jak się później okazało, jest to wynikiem m.in. braku lisów.
Dzień rozpoczął się od awarii. W Radka rowerze pękła dętka, a potem również rower Szymona nie chciał być gorszy i postraszył go pękniętą szprychą. Chłopcy szybko poskromili swoje „rumaki” i mogliśmy ruszyć w dalszą drogę. Poranne problemy zrekompensował nam Castle Old Wick – zamek, a właściwie jego ruiny, położone na urwistych klifach. Pogoda ponownie nam dopisała, przez co widoki były nieziemskie! Trudno opisać te krajobrazy, zdjęcia oddają też tylko część ich piękna. Po prostu to trzeba zobaczyć. Spienione, białe fale uderzające o urwisty brzeg skalny mieszały się z chabrowym kolorem morskiej toni. W tej bajkowej scenerii staliśmy wpatrzeni w oświetlone promieniami słońca ruiny zamku. Po serii zdjęć wracaliśmy pieszo do miejsca, w którym zostawiliśmy nasze rowery. Dróżka, która prowadziła do zamku była tak wąska i wyboista, że nie nadawała się do jakiejkolwiek jazdy.
Tego dnia odwiedziliśmy jeszcze ruiny zamku Bucholly i ponownie wpadliśmy w podziw. Usytuowane one były nad urwistym zboczem, a droga do nich znowu nie należała do najłatwiejszych. Musieliśmy przedzierać się przez zarośnięte wysoką trawą łąki, omijać owcze „miny” i uważać na kolczaste druty otaczające zamek. Jednak opłacało się trochę pomęczyć, by odkryć takie widoki. Zadowoleni wracaliśmy do głównej drogi, a tam kolejna niespodzianka. Naszym oczom ukazał się niecodzienny widok – trzy rowerzystki w starodawnych sukniach i kapeluszach minęły nas machając rękoma i uśmiechając się życzliwie. Początkowo zamarliśmy z wrażenia. Pierwszy zareagował Radek, który postanowił dogonić dziewczyny. Nie było to wcale takie łatwe, gdyż podróżowały na kolarzówkach i miały lżejsze sakwy. Gdy w końcu je zatrzymał, powiedziały nam, że są z okolic Londynu i wybrały się na dwutygodniową wyprawę rowerową, a my spotkaliśmy je ostatniego dnia ich podróży. Oryginalny strój był ich sposobem na zakończenie wycieczki.
Kolejnym naszym celem był zamek May – własność królowej Elżbiety. Jednak nie zostaliśmy do niego wpuszczeni, ponieważ z niewiadomych nam przyczyn zamek zamknięty był do poniedziałku. Ciężko też było nam znaleźć nocleg. W kilku domach nikogo nie zastaliśmy, a gdy zrobiło się już naprawdę ciemno, postanowiliśmy rozbić się na podwórku opuszczonego naszym zdaniem gospodarstwa. Rozbijanie noclegu nie byłoby możliwe gdyby nie latarki, które dostaliśmy od firmy 4sevens.pl. To one stanowiły jedyne światło w szkockich ciemnościach. Gdy już spaliśmy, przebudził nas głos silnika samochodowego. Wrócił właściciel. Myśleliśmy, że będzie miał do nas pretensje, a on wręcz przeciwnie, zapytał się, czy czegoś nie potrzebujemy i czy może nam jeszcze w czymś pomóc.

7 sierpnia (piątek)
Trasa: Forss – Heilam. Pokonana odległość: 99 km
Siódmego sierpnia po raz pierwszy poznaliśmy, co to znaczy szkocka pogoda. Pochmurno było prawie cały dzień. Liczne podjazdy pod górkę również dawały się we znaki. Jednak to wszystko było nieporównywalne z tym, co spotkało nas później, a co towarzyszyło nam przez znaczny czas wyprawy. Mam tu na myśli niepozorne, małe muszki – midges. Kąsają niemiłosiernie, wchodzą do uszu, nosa. Jest ich całe mnóstwo i nie ma na nie żadnej rady (zabrane przez nas środki na owady nie radziły sobie z nimi). To w ich towarzystwie, w ulewnym deszczu, w otoczeniu przepięknych gór przyszło nam jeść obiad i popijać ciepłą herbatkę (z dodatkiem muszek). Jak przystało na Szkocję, za chwilę wyszło słońce i przygrzewało już do końca dnia. Po pokonaniu jeszcze kilku wzniesień szukaliśmy noclegu. Mieliśmy nadzieję, że w wiosce Hope, u podnóża gór, tuż przy rwącym strumyku, znajdziemy dobre miejsce. Lecz tym razem po raz pierwszy spotkaliśmy się z wyraźną odmową właściciela posesji, który stwierdził, że jego psy będą zbyt głośno ujadać i pogryzą nas muszki, których było tam całe mnóstwo. W sumie miał trochę racji. Gdy zapytałam go, jaki mają sposób na te małe uciążliwe stworzonka, odpowiedział tylko, że nie mamy szybko jechać i nie zatrzymywać się. Eh, gdyby to było takie proste…
Ostatkiem sił, zmęczeni i pogryzieni, wjechaliśmy na kolejną górę. Podczas zjazdu z niej, czując wiatr we włosach, dostrzegliśmy ciekawe miejsce na nocleg. Nie zastanawiając się za długo, oczywiście po wcześniejszym zapoznaniu się z terenem, wybraliśmy opuszczony dom na środku półwyspu, otoczony słoną wodą. To tu znalazłam przepiękne muszle, które teraz mają swoje miejsce w moim pokoju. Po raz pierwszy mogliśmy też podziwiać przepiękny zachód słońca, podczas którego Szymon zasnął.

8 sierpnia (sobota)
Trasa: Heilam – Scourie. Pokonana odległość: 76 km
Ten dzień byłby bardzo udany gdyby nie fakt, że nasze rowery łaskawie odmówiły posłuszeństwa. Jak zwykle zawiniła dętka w rowerze Radka i dziwnym zbiegiem okoliczności ponownie pękła szprycha u Szymona. Udało nam się dojechać do najbliższych zabudowań i tam zabraliśmy się za przygotowywanie śniadania. Chłopaki wzięli się za naprawę swoich „rumaków”. Mieliśmy płatki, do których brakowało mleka, a do najbliższego sklepu kilkanaście mil. Zastanawialiśmy się co zrobić? Przyszło nam do głowy, by przejść się do pobliskich domów i odkupić od miejscowych mleko. I tym razem Szkoci nie zawiedli. Oddali nam resztę mleka, którą mieli i w sumie uzbierało się go tyle, że spokojnie wystarczyło na śniadanie dla czterech osób. Po naprawieniu rowerów mogliśmy ruszyć w dalszą drogę. Gdy przejechaliśmy kilka mil, ujrzeliśmy przepiękny widok – plaża jak z filmu! Żółty piasek, czyste, błękitne, spienione fale oceanu i wszystko to otoczone skalnymi klifami – ach bajka! Nie mogliśmy odmówić sobie przyjemności kąpieli i zanurzyliśmy się w lodowatej wodzie oceanu. Mimo mrożącego zimna przyjemność była ogromna.
Po krótkim relaksie na plaży przebraliśmy się w koszulki od Airbike i udaliśmy się do Durness, gdzie odwiedziliśmy tamtejszą jaskinię. Robiła wrażenie, ale tłumy turystów odstraszyły nas na tyle, by już po kilkunastu minutach opuścić to miejsce i udać się w dalszą drogę. Szkocka aura nie dawała za wygraną i tym razem też pokrzyżowała nam plany. Zostaliśmy uziemieni na dobre dwie godziny w miejscowym hostelu, w którym mieliśmy okazję podładować baterie do kamery, aparatu i telefonów. Gdy przestało padać, ruszyliśmy w drogę. Jako, że Durness było ostatnią większą miejscowością na naszej drodze, zaopatrzyliśmy się w prowiant. Przed nami trudna trasa, gdyż wjeżdżaliśmy w teren górzysty, a wiatr mieliśmy prosto w twarz. Ale i tym przeciwnościom daliśmy radę. W trudnym podjeździe pomagał mi i Agacie Szymon, który nauczył nas jazdy za nim „na kole”. Technika ta polegała na tym, że jechał on jako pierwszy i wziął na siebie cały opór powietrza, a my jechałyśmy za nim w tunelu aerodynamicznym. Warunkiem udanej jazdy były niewielkie odległości miedzy rowerzystami, co czasem bywało trudne. Po kilku morderczych podjazdach znaleźliśmy świetny nocleg na terenie straży pożarnej. Na szczęście nie było żadnego alarmu w nocy, chociaż nie wiem czy by nas zbudził.

9 sierpnia (niedziela)
Trasa: Heilam – Inverlael. Pokonana odległość: 87 km
Dzień przywitał nas lekkim deszczem. Mimo wody z nieba, udało nam się spakować i chwile później pedałować z nadzieją o lepszą aurę. Teren stawał się coraz bardziej górzysty. Podjazdy zabierały nam sporo czasu i sił. Jeszcze dziś wspominam wolną i mozolną wspinaczkę do Ullapol – portowego miasteczka, licznie odwiedzanego przez turystów. Wydawać by się mogło, że jazda wzdłuż wybrzeża oceanu odbywać się będzie po płaskim. Jak się okazało nic bardziej mylnego. Raz po raz zmuszeni byliśmy skumulować swe siły oraz uwagę na podjazdach. Miasteczko, do którego dojechaliśmy, miało silną pozycję, jako centrum muzyki oraz sztuki. W maju każdego roku przez trzy dni trwa Ullapool Book Festiwal, który przyciąga wielu różnych pisarzy.
Spacerując malowniczymi uliczkami i podziwiając typowo rybacką architekturę, zahaczyłam o bar Fish and Chips gdzie zasmakować mogłam tamtejsze frytki (są dużo grubsze aniżeli w Polsce). Szkocji często spożywają je z dodatkiem octu. Jako, że robiło się już późno i deszcz cały czas nas nie opuszczał, nie było innej rady jak wyjechać za miasto i znaleźć miejsce na nocleg. Kompletnie przemoczeni przejechaliśmy około 15 kilometrów, po czym znaleźliśmy miejsce na namioty u starszej pani. W ekspresowym rozbijaniu się pomagały nam muszki. Było ich całe tysiące! Gryzły niemiłosiernie! Agata, Radek i ja szybko wskoczyliśmy do namiotów i zawinęliśmy się w śpiwory od firmy Loap. Nie wyszliśmy z nich aż do rana. Tylko biedny Szymon poświęcił się i zrobił wszystkim herbatę (wodę trzeba było zagotować poza namiotem!). Biedak pogryziony był potwornie. Szymon dziękujemy!

10 sierpnia (poniedziałek)
Trasa: Inverlael - Inverness. Pokonana odległość: 79 km
To już ostatni dzień północnej pętli. Padał deszcz, było pochmurno i cały czas otaczały nas muszki. Postanowiliśmy pospać dłużej i przeczekać deszcz. I dobrze zrobiliśmy, bo niebawem rozpogodziło się. Trasa do Inverness była już przyjemna, świeciło słońce, a wiatr mieliśmy w plecy. Co ciekawe przez blisko 20 km zjeżdżaliśmy cały czas z górki. Widoki były przecudne, a wiatr w plecy i myśl o ciepłym prysznicu powodowały nagły przypływ sił i poprawiały humor. Myśli o lusterku, grzebieniu i możliwości umycia włosów całkowicie zawładnęły moją głową. Nie spostrzegłam nawet, gdy dojechaliśmy do Inverness. Ok. 16:00 byliśmy już na miejscu, gdzie zostaliśmy ponownie królewsko ugoszczeni. Czekał na nas pyszny obiad i otwarta łazienka. Po powrocie wiele osób pytało się mnie jak można tak długo wytrzymać beż prysznica, czy kąpieli. Odpowiadałam im, że nie było tak źle, mieliśmy w końcu kąpiel w oceanie, a w większych miastach korzystaliśmy z publicznych toalet. W ostateczności musiały wystarczyć nam butelki z wodą i chusteczki nawilżające. Umyci i najedzeni postanowiliśmy przespacerować się do zamku i zwiedzić miasto. Według podań budowla ta została wzniesiona za króla Malcolma III, który wcześniej zrównał z ziemią zamek, w którym zgodnie z legendą Makbet miał zabić Duncana. Budowla ta znajdowała się około 1 km na północny wschód od miejsca, w którym po dziś dzień stoi zamek. Obecnie w Inverness znajduje się rekonstrukcja zamku Makbeta, którą mogliśmy podziwiać podczas spaceru.

11 sierpnia (wtorek)
Trasa: Inverness – Fort Augustus. Pokonana odległość: 59 km
Dzień ten był rozpoczęciem naszej pętli południowej. Rano musieliśmy się dopakować i dorzucić drugą partię jedzenia, którą zostawiliśmy u Gosi. Objuczeni niczym wielbłądy przed przeprawą przez pustynię sprawdzaliśmy jeszcze czy nie zapomnieliśmy o czymś. Na Szymona czekało też kilka napraw. W sumie wyjechaliśmy dopiero około 16.30! Po drodze mijaliśmy ruiny zamku Urquhart, położonego nad brzegiem Loch Ness. Jezioro to ma aż 37 km! Popularność zawdzięcza ono potworowi znanemu jako "Nessie", rzekomo zamieszkującemu jego głębiny. Opisy potwora najczęściej mówią o tym, że ma on długą szyję zakończoną paszczą, dwu lub jednogarbny grzbiet i ciemną skórę. Nam niestety tego stwora nie udało się spotkać, choć po drodze mijaliśmy wiele osób wytrwale wpatrujących się w głębiny tego pięknego jeziora.
My przede wszystkim skupieni musieliśmy być na drodze i przejeżdżających obok samochodach. Niestety wraz z zakończeniem pętli północnej skończyliśmy jazdę po odludnych terenach, gdzie to my byliśmy zagrożeniem dla owiec. Teraz role się zamieniły i to my byliśmy „owieczkami” dla spalinowych dwuśladów. Z racji braku pobocza i krętej drogi często mijani byliśmy w niewielkiej odległości przez kierowców, którzy niestety zachowywali się jakby byli Panami drogi. Pierwszy raz poczułam się, jakbym była w Polsce.

12 sierpnia (środa)
Trasa: Fort Augustus – Fort William. Pokonana odległość: 57 km

Pobudka o 6:00 rano, szybkie składanie namiotów i pakowanie się. Przed nami sporo kilometrów by dotrzeć do Fort William do stóp Ben Nevis – Złośliwej Góry. Około godziny 14:00 byliśmy na miejscu. Pogoda niestety znowu odstrasza, było pochmurno i padał deszcz. Po jakimś czasie, jak to jest ze szkocką pogodą – aura poprawiła się i mogliśmy zacząć wspinaczkę. Przed nami na wysokości 1343 m.n.p.m wznosił się ukryty za chmurami szczyt najwyższej góry Wielkiej Brytanii. Stojąc u jej stóp podziwialiśmy niesamowite widoki doliny Glen Nevis. Szlak początkowo wił się pomiędzy zielonymi pastwiskami, gdzie owiec było całe mnóstwo. Często spoglądając w górę widzieliśmy je jako białe plamki. To, że szczyt ukryty był w chmurach potęgowało naszą ciekawość i chęć zdobycia go. Podobno chmury na Ben Nevis są przez 355 dni w roku i tylko przez blisko 10 dni w ciągu roku można go podziwiać w całej okazałości.

Gdy pokonaliśmy już połowę drogi krajobraz powoli zmienił się, ucichły odgłosy owiec, trawa zrzedniała, a w jej miejsce pojawiły się twarde skały i kamienie. Byliśmy już troszkę zmęczeni, ale mimo to ochoczo pozdrawialiśmy schodzących już ze szczytu turystów. Ciekawostką jest to, że co jakiś czas mijaliśmy grupki osób ze swoimi pupilami – psami. Może to jakaś tradycja? Psy te dawały sobie świetnie radę z szlakiem pełnym kamieni.
Idąc dalej w górę zaczynaliśmy powoli tracić dobrą widoczność i towarzyszyła nam gęsta mgła i zimny wiatr. Z czasem zaczęliśmy ubierać się coraz cieplej. Nakładaliśmy kurtki i ciepłe bluzy. Radek nawet zrobił sobie czapkę z czarnego worka foliowego (wyglądała naprawdę profesjonalnie). Prowadzący nas do celu szlak stawał się coraz mniej rozpoznawalny, łatwo go było zgubić. Nie było tu oznakowań jak w Polskich Tatrach. Idąc dalej widzieliśmy skalne urwiska, na których zalegały jeszcze połacie śniegu. Wyglądało to naprawdę imponująco. Po krótkim czasie dostrzegliśmy upragniony szczyt. Nie pozostaliśmy na nim jednak długo. Nie pozwalał nam na to zimny i porywisty wiatr. Zrobiliśmy kilka zdjęć i zaczęliśmy podziwiać to, co zaskoczyło nas na szczycie, a mianowicie ruiny przypominające schron. Prawdopodobnie było to dawne schronisko bądź obserwatorium. Gdy udało nam się ponownie odszukać szlak, zaczęliśmy wracać. Podczas schodzenia pogoda znowu poprawiała się i mogliśmy dostrzec w oddali jeziorka skąpane w srebrnej poświacie. Wyglądało to wszystko przepięknie.

Porządnie zmęczeni, ale usatysfakcjonowani po ok 7 godz. marszu wróciliśmy do naszych rowerów i bagaży, które zostawiliśmy na ten czas tuż przy wejściu na szlak przy pobliskim sklepie turystycznym. Nie do pomyślenia by zrobić coś podobnego w Polsce. Szybko rozbiliśmy namioty, bo robiło się już ciemno a zmęczenie dawało już o sobie znać.
13 sierpnia (czwartek)
Trasa: Fort William – Taynuilt. Pokonana odległość: 111 km
Pakowanie namiotów wczesnym rankiem przebiegało w wyjątkowo szybkim tempie. Powodem naszej ekspresowej ewakuacji, były krzyki dwójki osób sprzątających okoliczne publiczne toalety. Okazało się, bowiem, że panu nie spodobało się, że jedno z nas rozwiesiło swoje mokre rzeczy w toalecie, za to pani zaparcie nas broniła. Po wyjaśnieniu sprawy i przeprosinach byliśmy gotowi do drogi.
Pogoda dopisywała, jechało się przyjemnie, no może poza chwilami, kiedy zachciewało mi się spać. Dziwnym trafem właśnie w takich momentach chłopcy mieli problemy z rowerami. Tym razem pękły aż dwie szprychy u Szymona i musiał on zdejmować całą oponę. Ja w tym czasie miałam 1,5 godzinną przerwę na drzemkę. Gdy rower Szymona wrócił do formy, a ja się wyspałam, mogliśmy jechać dalej. Ruszyliśmy do Barccoldine Castle. Okazało się, że znajduje się on w prywatnych rękach i ma dziwny różowawy kolor. Ogólnie nie przypadł on nam do gustu i chyba rower Radka poczuł to samo, bo odmówił posłuszeństwa - pękła felga! Tym razem sprawa była poważna. Nie było innej rady, jak wymienić ją na nową, co w miejscu oddalonym od dużych miast było trudne. Całe szczęście Radek zdołał jeszcze jechać. Po drodze pytaliśmy tubylców, czy przypadkiem nie mają starej felgi, ale wszyscy przecząco potrząsali głowami. Musieliśmy jak najszybciej znaleźć sklep rowery, a to oznaczało, że musimy wjechać do najbliższego większego miasta. Nadłożyliśmy nieco drogi, aby dotrzeć do Oban. Tam znaleźliśmy sklep rowerowy Evo Bikes, w którym udało się kupić nową felgę.

Właściciel sklepu był tak miły, że obniżył cenę i udostępnił nam specjalny sprzęt do centrowania kół. Po kilkugodzinnej, przymusowej przerwie, opuściliśmy Oban i powróciliśmy do wcześniej zaplanowanej trasy. Nocleg znaleźliśmy na parkingu na skrawku zieleni. Jak się później okazało, nie tylko nam spodobało się to miejsce. W nocy zostaliśmy otoczeni przez kilka przyczep kempingowych, które bardzo często wykorzystywane są przez turystów jako środek transportu. Podczas wyprawy widzieliśmy ogromną ilość różnych przyczep, zróżnicowanych względem zawartości portfela.

14 sierpnia (piątek)
Trasa: Taynuilt – Inveraray. Pokonana odległość: 34 km
W deszczu dotarliśmy do Kilchurn Castle. Postanowiliśmy jeszcze przed śniadaniem zwiedzić zamek. Wstęp był darmowy, a ze względu na wczesną porę byliśmy jedynymi odwiedzającymi to miejsce. Już podczas zwiedzania zaczęło lać. Kilchurn to zamek położony na półwyspie jeziora Awe. Dookoła otoczony pasmem górskim wspaniale prezentuje się zarówno podczas słonecznej jak i deszczowej pogody. Zdjęcia jego można znaleźć nawet na okładkach przewodników turystycznych co znajduje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Naprawdę warto go zwiedzić. Ponieważ deszcz przerodził się w ulewę, postanowiliśmy ukryć się pod mostem kolejowym, który znajdował się w pobliżu. Chcieliśmy tylko przeczekać deszcz a okazało się że zostaliśmy tam dłuższy czas. Niestety nasze schronienie nie było najlepsze. Most przeciekał, a woda w jeziorze wzbierała. Długi czas oczekiwania wykorzystaliśmy na jedzenie, pranie i odpoczynek. Jako, że po drodze skończył nam się zapas wody do picia, musieliśmy zadowolić się deszczówką. Zbieranie wody szło nam całkiem sprawnie. Wyglądało to mniej więcej tak, że rozłożyliśmy dużą folię (Szymon zaopatrzył się w nią jeszcze w Polsce na wypadek silnych deszczy, by móc rozłożyć ją pod namiot), następnie czekaliśmy chwilę, aż folia nabierze wody i przelewaliśmy ją do menażek i kubków, a stamtąd już do butelek.

Około 19:00 przestało w końcu ostro padać, była tylko lekka mżawka, dlatego postanowiliśmy w końcu ruszyć dalej. Tego dnia zrobiliśmy najmniejsza liczbę kilometrów podczas całej wyprawy, bo tylko 34. Cóż, takie są uroki Szkocji. Kiedy robiło się już szarawo, rozpoczęliśmy poszukiwanie noclegu. Zapukaliśmy do drzwi pierwszego napotkanego domu. Otworzył je miły pan, który zezwolił nam rozbić na jego podwórku namioty. Zaproponował nawet nocleg w jego przyczepie kempingowej, był tylko mały problem – była ona tylko dwuosobowa. Niestety cały czas jeszcze padało i do tego pojawiły się muszki, dlatego zdecydowaliśmy się na nocleg w tej przyczepie. Dla mnie okazał się on najgorszym z całej 3 tygodniowej wyprawy. Jako, że tylko ja i Szymon byliśmy parą to nam przyszło spać na podłodze, choć pisząc podłoga mam na myśli niewielką przestrzeń, gdzie nie było mowy o wygodnym rozłożeniu się a o przewróceniu na drugi bok mogłam zapomnieć! Agacie i Radkowi przypadły łóżka. Przynajmniej oni się wyspali, nie słysząc nawet mojego marudzenia. Wszystko mnie bolało i do tego byłam potwornie zmęczona. Po kilkugodzinnym męczeniu się Szymon poświęcił się i zajął jeszcze mniej komfortową pozycję, bo usiadł na podłodze w koncie, ustępując mi miejsca. Biedak nie mógł nawet wyprostować nóg, bo to od razu powodowało, że otwierały się drzwi od przyczepy. To dzięki jego poświęceniu przespałam resztę nocy. Dziękuję!

15 sierpnia (sobota)
Trasa: Inveraray - Croftamie. Pokonana odległość: 111 km
Rankiem dotarliśmy do w Inverary, miasteczka mogącego pochwalić się przepięknym, aczkolwiek prywatnym zamkiem. Fundatorem budowli był Archibald Campbell, 3 książę Argyll. Budowę zamku ukończono w roku 1789. Wzniesiono go w pobliżu dawniejszej twierdzy, która miała prawdopodobnie formę wieży mieszkalnej, a którą w czasie budowy zamku rozebrano. Przy okazji wyburzono też zabudowania wsi Inveraray, a jej mieszkańców przeniesiono nad brzeg Loch Fyne, które odtąd nosi nazwę Inveraray.
Po opuszczeniu miasteczka jechało się przyjemnie, mogliśmy podziwiać piękne, szkockie krajobrazy. Jednak jak to w tym północnym kraju bywa, wszystko szybko się zmienia i tak też było i tym razem. Przyjemna przejażdżka przerodziła się w męczącą wspinaczkę, walkę z wiatrem i samym sobą. Zaczął ostro padać deszcz, a porywisty wiatr wiał nam prosto w twarz. Do tego wszystkiego mieliśmy do pokonania podjazd na wysoką na prawie 1000 metrów przełęcz! Cały czas musiałam walczyć by nie stracić równowagi, silny wiatr zrzucał mnie na boki, a mijające nas z dużą prędkością samochody też nie ułatwiały sprawy. Cali przemoczeni i porządnie zmęczeni wjechaliśmy w końcu na przełęcz. W tym samym czasie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki silny wiatr i deszcz ustały. Miło też było uśmiechnąć się do ludzi otwierających szyby samochodowe i machających do nas życzliwie. To wszystko i późniejszy zjazd z górki wynagrodziły nam męczący podjazd.

16 sierpnia (niedziela)
Trasa: Croftamie – Balgedie. Pokonana odległość: 117 km

Zamek Culcreuch miał być przystankiem i zarazem naszym miejscem na śniadanie. Okazało się, że przebudowano go na hotel i w jego okolicy jest zakaz kempingu. Dla nas nie był to żaden problem. Po zrobieniu kilku fotek oddaliliśmy się od niego i śniadanie zjedliśmy nad jeziorkiem w miłym towarzystwie owieczek.
Słoneczna pogoda sprawiała, że droga była łatwa i przyjemna. Około południa dotarliśmy do Stirling – potężnego zamku, który to postanowiliśmy odwiedzić w środku. Po zakupieniu biletu mogliśmy zwiedzić wszystkie (oczywiście udostępnione dla turystów) miejsca. Zasiedliśmy na tronach w sali królewskiej, byliśmy w muzeum zbrojeń, zatrzymaliśmy się w zamkowej kuchni i spiżarni, odwiedziliśmy kaplicę królewską i wiele innych pomieszczeń. Wszystkie były odrestaurowane i typowo nastawione na turystów, których przybywało tu dziennie tysiące. Po około 2 godzinach zwiedzania ponownie wsiedliśmy na rowery. Tego dnia odwiedziliśmy jeszcze kilka innych zamków. Jeden z nich – Campbell przykuł moją uwagę już przed wjazdem, górując nad miasteczkiem. Coś mi podpowiedziało, abym poczekała w pobliskim parku, bo droga powrotna i tak obok niego wiodła. Tak też zrobiłam. Zostawiłam rower i przespacerowałam się pośród zieleni podziwiając z dołu ruiny zamku. Wyglądał imponująco. Jak się później okazało moja decyzja była trafna. Reszta grupy wróciła wyczerpana i lekko zawiedziona. Nie dość, że przyszło im podjeżdżać, a później prowadzić rowery, pod niemal pionowy podjazd, to jeszcze zamek był zamknięty i ledwo co było go widać za potężnymi murami. Nie ma to jak kobieca intuicja.

Długo szukaliśmy miejsca na rozbicie namiotów, wszystko przez to, że nie wypalił nocleg na zamku (opiekun zabytku kategorycznie nie zgodził się na to). Musieliśmy, więc jechać dalej do kolejnego miasteczka. Mijaliśmy pola i bezdroża. Gdy zaczęło robić się porządnie ciemno, dotarliśmy do pierwszych domów i tu znowu nie pozwolono nam rozbić się na prywatnym podwórku. Pukaliśmy do wielu domów, a tam albo nam odmawiano albo drzwi były zamknięte. W końcu porządnie zmęczenie postanowiliśmy rozbić się na skrawku zieleni, przy skrzyżowaniu dróg. Były tam ławeczki, więc stwierdziliśmy, że miejsce to przeznaczone jest dla zmęczonych turystów. W naszym przekonaniu utwierdził nas bardzo miły pan, który sam zatrzymał się i powiedział nam, że możemy spokojnie tu zostać. Chyba musieliśmy zrobić małe zamieszanie w miasteczku, bo za chwile ku nam podjechał radiowóz policyjny. Jednak i policjanci nie robili nam żadnych problemów. Zapytali czy wszystko w porządku i dokąd zmierzamy. Po krótkiej rozmowie odjechali, a my w końcu mogliśmy pójść spać.
17 sierpnia (poniedziałek)
Trasa: Balgedie – Carnoustie. Pokonana odległość: 141 km

Śniadanie zjedliśmy na przystanku autobusowym chroniąc się przed mżawką. Kolejnym celem naszej wyprawy stał się St. Andrews, w którym czekały na nas ruiny zamku, a zaraz obok niego ruiny majestatycznej katedry. Jest to duże miasteczko, w którym udało mi się kupić i wysłać kartki do znajomych i rodziny. W domu dowiedziałam się, że doszły już po 2 dniach.
Dalsza droga była bardzo ciekawa. Początkowo lekko pobłądziliśmy, ale chłopaki szybko odnaleźli właściwą drogę. W słonecznej pogodzie mijaliśmy poligon wojskowy, odwiedziliśmy ruiny zamku, jechaliśmy nawet autostradą, a następnie przez most drogowy na rzece Tay wjechaliśmy prosto do Dundee – czwartego co do wielkości miasta Szkocji. To tam znajduje się jeden z nielicznych statków – latarni. Musieliśmy się dobrze zastanowić jak szybko opuścić to ogromne miasto, gdyż dobrze wiedzieliśmy, że w nim nie znajdziemy miejsca na darmowy nocleg. Obraliśmy kurs na Broughty Castle i wybraliśmy opcję wzdłuż wybrzeża. Czekało nas przedzieranie się wzdłuż wąskich poboczy, krętymi uliczkami, a nawet (na szczęście przez krótki czas) autostradą pod prąd! Jednak udało się i w końcu dotarliśmy do zamku. Przypominał on bardziej fort lub fortecę. Napotkani tubylcy doradzili nam, aby do Abroth jechać ścieżką rowerową wzdłuż wybrzeża. Widok skąpanego w słońcu morza, żółty piasek, zieleń traw, odgłosy mew były niezapomniane. Mogłabym tak jechać i jechać i jechać…Dzień pożegnaliśmy wpatrzeni w promienie zachodzącego słońca.

18 sierpnia (wtorek)
Trasa: Carnoustie – Girdle Ness. Pokonana odległość: 125 km
Około godziny 15:00 dotarliśmy do ruin zamku Dunnotar. Jego początki sięgają IV wieku naszej ery. Nazwa zamku wywodzi się prawdopodobnie od piktyjskiego słowa Dun, które oznacza siłę. Na przestrzeni wieków budowla nie raz udowodniła, że w pełni zasłużyła na swą nazwę - to tutaj ukryto i skutecznie chroniono szkockie insygnia królewskie, z tym miejscem związane są nazwiska szkockich bohaterów narodowych: Williama Wallace (bohatera filmu "Braveheart"), Roberta I Bruce i Marii I Stuart (których losy poznaliśmy w "Mary Queen of Scots").
Ze wzgórza, na którym wznosi się zamek rozciągają się przepiękne widoki: od strony północnej widać miasteczko Stoneheaven z jego małym, malowniczym portem rybackim; natomiast u podnóża skały od strony wschodniej dostrzec można spokojną zatoczkę z niewielką, otoczoną pagórkami plażą, na której wypoczywają w słoneczne dni spragnieni ciepła turyści. Na okolicznych łąkach gromadzi się niezliczona ilość ptaków - ich różnorodność i żywotność wspaniale kontrastują z ponurym nastrojem średniowiecznych ruin, w których oczywiście aż roi się od duchów. Według miejscowych podań i legend spotkać tutaj można ducha dziewczynki w zielonej sukience, ducha zbłąkanego psa myśliwskiego oraz wysokiego ducha skandynawskiego wojownika. Nic dziwnego, że atmosfera tego tajemniczego, niezwykłego miejsca posłużyła twórcom filmowym za tło do kolejnej realizacji Hamleta.
Oczywiście nie obyło się bez całej serii zdjęć, a wśród sporej ilości turystów spotkaliśmy kilku Polaków. Tego dnia po raz pierwszy mój rower odmówił mi posłuszeństwa, ale jak się później okazało nie było to nic groźnego i Szymon szybko naprawił usterkę. Zrobiło się już późno a przed nami Aberdeen, miasto – olbrzym. Postanowiliśmy nie wjeżdżać jeszcze do niego i noclegu poszukać na przedmieściach. Rozbiliśmy się na wzgórzu tuż obok latarni morskiej. Opiekun tego obiektu był tak miły i widząc zainteresowanie Radka podarował mu mapę Szkocji z zaznaczonymi wszystkimi latarniami, jak również opowiedział ciekawostki o latarniach w których pracował.

19 sierpnia (środa)
Trasa: Girdle Ness – Pennan. Pokonana odległość: 139 km
Rano przedzieraliśmy się przez dżunglę Aberdeen. Całe szczęście, była to wczesna pora, bo ok. 7:00, przez co ruch był mniejszy. Tym razem śniadanie jedliśmy tuż przy pięknej, piaszczystej plaży z widokiem na morze. Nie przeszkadzały nam nawet podmuchy silnego wiatru. Po jakimś czasie udało nam się pożegnać z Aberdeen i dotarliśmy, przedzierając się polną, błotnistą dróżką, do ruin Castle Cruden Bay. Do zamku mógł wejść każdy, o ile wcześniej pokonał błotnisty tor przeszkód. Nie trzeba było kupować biletów, a zwiedzić mogliśmy każdy zakamarek. Widok z wieży zamkowej na uderzające w skały, spiętrzone fale, zapierał dech w piersiach.
19 sierpnia obfitował w zamki. Ciekawa historia przydarzyła nam się, gdy dotarliśmy do wsi Inverugie, gdzie według mapy powinien być zamek. Pracującego na podwórku mieszkańca zapytaliśmy jak do niego trafić. Wytłumaczył nam, że powinniśmy się lekko cofnąć i skręcić w boczną uliczkę. Później trzeba było przedzierać się wąską ścieżynką prowadzącą wzdłuż rzeki, wdrapywać na wzgórze, a gdy już całkowicie zwątpiliśmy, że cokolwiek znajdziemy, ujrzeliśmy imponujących rozmiarów, dobrze zachowane ruiny zamku. Ukryte były w gęstym lesie i widać było, że rzadko kiedy ktoś je odwiedza. Zadowoleni wracając ponownie mijaliśmy tego samego mężczyznę, dziękując mu za wskazanie drogi. Gdy odjechaliśmy od niego na niespełna 50 metrów zobaczyliśmy kolejny zamek, a na nim tabliczka z napisem Inverugie Castle! Był to niewątpliwie zamek, który widniał na mapie. W takim razie co my wcześniej odkryliśmy i dlaczego tubylec nie wskazał nam zamku znajdującego się tak blisko niego, tylko inny, ukryty w gęstym lesie? Na te pytania do dziś nie znamy odpowiedzi. Ciekawym zabytkiem okazał się również zamek przerobiony później na latarnię morską. Szymon to wielki miłośnik zamków a Radek uwielbia odwiedzać latarnie morskie, zatem Kinnaird to idealne połączenie ich pasji.
Wieczór również pozwolił nam odkryć ciekawe ruiny, niezaznaczone na żadnej z naszych map. Dotarliśmy też do Pitsligo Castle, gdzie na murach widniały herby z datą 1577. Ruiny te były całkiem dobrze zachowane i zauważyć można było, że są ludzie, którzy o nie dbają i starają się by nie uległy całkowitemu zniszczeniu.
Dzień kończyliśmy zjeżdżając i niestety podjeżdżając pod dość sporych rozmiarów górki. Niektóre zjazdy miały aż 20% nachylenia! Późnym wieczorem przy blasku księżyca i naszych latarek, rozbiliśmy namioty na, jak się później okazało, nadmorskiej plaży.

20 sierpnia (czwartek)
Trasa: Pennan – Duffus Castle. Pokonana odległość: 108 km
Rankiem, gdy wyszliśmy z namiotów mieliśmy miłą niespodziankę. Ujrzeliśmy skrywaną wczoraj pod poświatą nocy, przepiękną, skąpaną w słońcu plażę. W oddali widzieliśmy ciemnobrązowe klify, czy tez zbocza porośnięte zieloną trawą, na której pasły się białe owieczki. Morze kusiło błękitem fal. Wszystko to wyglądało bajecznie.
Moja radość nie trwała zbyt długo. Przyszło nam wspinać się pod kilkunastoprocentowe podjazdy. Chwilami było bardzo ciężko, ale zaprawieni już w takich podjazdach, spokojnie daliśmy radę. Choć były chwile zwątpienia. Razem z Agatą wyjechałyśmy pierwsze bo wiedziałyśmy, że chłopaki i tak nas dogonią. Jednak oni nie nadjeżdżali przez dłuższy czas. Zaczęłyśmy się już martwić, czy coś nie stało się z ich rowerami. Czekałyśmy ponad 40 minut. Zdenerwowane zatrzymałyśmy jadący z ich strony samochód i od miłej pani dowiedziałyśmy się, że jadą w naszą stronę i są niedaleko. Byłyśmy bardzo ciekawe co ich zatrzymało. Okazało się, że Szymon podjechawszy na górę wyciągnął aparat i zaczął filmować podjeżdżającego, a właściwie starającego się podjeżdżać na startych zębatkach Radka. On jednak nie chciał dać się sfilmować prowadząc rower, dlatego początkowo oboje stali, czekając aż jeden ustąpi. Jako, że oboje są uparci, żaden nie popuścił i Radek z chrzęstem przerzutek zaczął wjeżdżać zygzakiem pod górkę, a Szymon stał i filmował.
Jadąc dalej odwiedziliśmy dwa zamki z czego do Findlater Castle dojazd mieliśmy utrudniony, bo ktoś zmienił kierunek strzałki wskazującej drogę i zamiast trafić do niego, dotarliśmy o dziwo do ogromnej hałdy biało – bordowych muszli. Nie ma złego co by na dobre nie wyszło.
Również tego dnia szkocka pogoda przypomniała nam o sobie. Mżawka przerodziła się w deszcz, a deszcz w ulewę. Cali przemoczeni, ze słabo działającymi już hamulcami dotarliśmy do Buckie, gdzie przebraliśmy się w suche rzeczy i udaliśmy się do miejskiej biblioteki, w której to przez godzinę mogliśmy za darmo skorzystać z Internetu. W końcu mieliśmy łączność ze światem i mogliśmy podładować baterie. Później pogoda się poprawiła i już do wieczora towarzyszyło nam piękne słońce. Przed nami ostatnia noc „na dziko”, na którą dotarliśmy do zamku Duffus. Równiutko przystrzyżona trawa i dobrze zachowane ruiny zamku, za zwiedzanie, których nie trzeba było płacić. Aż trudno pomyśleć, że to już końcówka naszej wyprawy.

21 sierpnia (piątek)
Trasa: Duffus Castle – Inverness. Pokonana odległość: 94 km
Ostatniego dnia w drodze do Inverness odwiedziliśmy już dobrze oznakowane zamki Brodie i Cawdor. Zamek Brodie jest bardzo dobrze zachowany. Do dziś można podziwiać górujące nad nim 5-cio piętrowe wieże. Znajduje się w nim mnóstwo tajemnych przejść i ukrytych komnat. Jest on udostępniony do zwiedzania, jak również można go wynająć na wesela lub imprezy plenerowe. Natomiast zamek Cawdor jest najbardziej znany ze swoich literackich powiązań z Williamem Szekspirem i tragedią Makbet, w której to tytułowy bohater zostaje tanem Cawdoru. Historia jak i malownicze okolice przyciągają turystów, którzy po trudach dnia mogą odpocząć w murach zamku.
statni dzień dał się też we znaki Radkowi, który był potwornie zmęczony. Jak się okazało prawie pół dnia jeździł pod wiatr nie mając odpowiedniego ciśnienia powietrza w dętce. Jak tylko rower Szymona dowiedział się o usterce Radka nie mógł być gorszy i na pożegnanie zafundował mu naprawę dwóch szprych. W taki też sposób zamek Kilravock stał się naszym mini warsztatem. Tuż przed samym wjazdem do Inverness odwiedziliśmy jeszcze Stuart Castle, ostatni – 55 już zamek na naszej trasie.
Wszystko się kończy, ostatnie naprawy, ostatni zamek, ostatnie kilometry, ale pogoda szkocka jest niezmienna czyli nieprzewidywalna. Wystarczyło tylko by Agata pochwaliła ją, a po 5 minutach zmoczyło nas na do widzenia. Od pierwszego przekręcenia korby minęło 20 dni. Po tym okresie wróciliśmy ponownie do Inverness i zsiedliśmy z naszych rowerów. Zadowoleni, że mamy dostęp do ciepłego prysznica i zmartwieni zarazem ponieważ oznaczało to koniec naszych rowerowych szkockich wojaży.

22 sierpnia (sobota)/ 23 sierpnia (niedziela)
Rano wszyscy byli lekko podenerwowani, trzeba było się spakować i powalczyć z samochodem, ponieważ ponownie pojawiły się problemy z uruchomieniem silnika i jazdą na benzynie. Do Grays, gdzie mieliśmy spędzić noc u brata Szymona, dotarliśmy z małym opóźnieniem około 1:00 w nocy. Ponownie ugoszczono nas po królewsku. Mimo późnej pory czekał na nas pyszny obiad i tort czekoladowy. Najedzeni położyliśmy się na kilka godzin, by wstać ok. 5:00 i spokojnie dotrzeć do Dover, gdzie czekał na nas prom. Płynęliśmy nim w dzień, przez co mogliśmy podziwiać widoki i pożegnać się z oddalającą się Brytanią. O 13:00 byliśmy już we Francji, skąd droga do domu przebiegała bez większych przygód.

24 sierpnia (poniedziałek)
Polską granicę przekroczyliśmy ok. 1:00 w nocy, a do Czerska dotarliśmy po 7 godzinach przeprawy przez polskie drogi. I tak zakończyła się nasza wyprawa rowerowa po Szkocji. Jako, że kocham góry, przyznać muszę, że początkowo nie wyobrażałam sobie spędzania w inny sposób wakacji. Teraz wiem, że rower stanie się moją druga pasją i na pewno jeszcze nie raz wybiorę się na długą wyprawę rowerową. Przywieźliśmy bagaż niezapomnianych wspomnień i przeżyć, które zostaną na długo w naszej pamięci i będą iskierką do organizowania kolejnych życiowych wypraw.

Podsumowanie:
1. Ilość osób biorących udział w wyprawie: 4¬
- Szymon Belka (organizator)
- Anna Kitowska
- Agata Ladzińska
- Radosław Literski
2. Ilość kilometrów przejechanych podczas wyprawy na rowerach:
- po Paryżu: 66 kilometrów
- po Szkocji: 1852 kilometrów
3. Ilość odwiedzonych zamków: 55
4. Ilość odwiedzonych latarni: 42
5. Ilość kilometrów przejechanych samochodem: 5650 kilometrów
6. Maksymalna prędkość osiągnięta podczas jazdy rowerem: 73,9 km/h
7. Zjedzone kilogramy płatków śniadaniowych: 7 kg
8. Zjedzone kilogramy bakalii: 13 kg
9. Ilość usterek:
- 1 pęknięta felga
- 5 przedziurawionych dętek
- 6 pękniętych szprych
- 6 kpl. startych klocków hamulcowych
Więcej informacji na: www.scotland2009.cba.pl
Sponsor Główny: Czeski producent sprzętu turystycznego loap. Od firmy Loap otrzymamy namioty, śpiwory oraz płaszcze przeciwdeszczowe.

Sponsorzy:
1) Sklep 4sevens.pl
4sevens.pl zaopatrzy uczestników wyprawy w latarki taktyczne, które pozwolą znaleźć drogę w ciemności.

2) Sklep rowerowy Airbike
Airbike zaopatrzy uczestników wyprawy w koszulki rowerowe oraz bluzy.

3) Sklep rowerowy addictiveMTBsports
AddictiveMTBsports zaopatrzy uczestników wyprawy w T-Shirty rowerowe.

4) Sklep Rowerowy SZUMGUM
W sklepie SZUMGUM otrzymaliśmy 25% upustu przy zakupie ekwipunku do naszej wyprawy.

5) Firma BERGHAUS
Od firmy BERGHAUS otrzymaliśmy upust przy zakupie ekwipunku dla naszej wyprawy.
Komentarze (0)

Napisz Komentarz
| « poprzednia | następna » |
|---|

