BikeFama społeczność wszystkich rowerzystów

Jesteś tutaj: Start Turystyka W Parku Narodowym Los Alerces - Patagoński Triatlon

W Parku Narodowym Los Alerces - Patagoński Triatlon


El Bolson opuściłem przy dobrej pogodzie. Nogi wypoczęte pedałowały miarowo. Jednak nie forsowałem ich, tak jak to było w przypadku, gdy opuszczałem Bariloche.Starałem się oszczędzać kolana. Postanowiłem też zjechać z asfaltowej drogi numer 40 i przejechać przez Narodowy Park Los Alerces.




Po szutrze nie jeździ się najlepiej ale dobra pogoda i dużo sił, dało mi nowy rekord pokonanej odległości w jednym dniu. Tego dnia przejechałem 98,5km i dojechałem do samego Parku. Udało mi się też nie przeforsować kolan, ale niestety słońce i zimny wiatr, zrobiły swoje.
Obecnie kuruje się z przeziębienia, które mnie złapało.

Niedziela, również była pogodna (chociaż w nocy padało), tak że postanowiłem przejechać przez Park spokojnie i skupić się na widokach, a nie „robieniu” kilometrów.
Wczoraj dojechałem do Trevelin. Niestety już w deszczu. Według prognozy, którą zapowiadali, pada i jest zimno. Jutro zamierzam opuścić Argentynę i podążyć na południe drogą zwaną Carretera Austral w Chile.
Dalszy ciąg szutru i deszczu.


Carretera Austral.
Villa Santa Lucia to mała miejscowość usytuowana na skrzyżowaniu drogi numer 231 i Carretera Austral. Ta pierwsza droga ciągnie od granicy z Argentyną. Ta druga natomiast, jest główną drogą łączącą większość wiosek, usytuowanych pośród wysokich gór. Podąża z północy od Puerto Montt i przez ponad tysiąc kilometrów niczym anakonda , wije się w dolinach, docierając aż do Villa O’Higgins na południu. Dalszą ekspansję południowej autostrady przerywa 500km pola lodowego, na którym ciężko było położyć szuter.

W Santa Lucia zatrzymałem się na moment, aby wysuszyć wszystko co miałem mokre po poprzednich dniach jazdy (czyli wszystko) i odwiedzić zmasakrowaną przez wulkan wioskę Chaiten. Z suszenia wyszły nici, bo w Hospedaje, w którym się zatrzymałem było zimno jak w psiarni, a Chaiten nie odwiedziłem, bo chmury były na wysokości kolan i po 48 godzinach padało kolejne 48.

Ruszyłem zatem na południe. Pogoda powoli nabierała rumieńców. Na chwilę nawet pojawiło się słońce. Dwa dni później, przyszedł zimny front z południa.
Zrobiło się bardzo zimno, ale po raz pierwszy mogłem podziwiać w całej okazałości piękno Patagońskiej Kordyliery. Chmury całkowicie zniknęły z widoku, ukazując błękit nieba, a ja z rozdziawioną gębą, pedałowałem przed siebie, zauroczonym tym przepięknym rejonem Chile. Potężne góry, pokryte lodowcami. Strome stoki w większości zalesione. Szumiące rzeki i bezgłośne jeziora. I szutrowa drogą, która samotnie podążałem na południe. Cisza i pustka.
Rewelacja!
Tego dnia nie przeszkadzały mi nawet, niedziałające przerzutki. Nawet błoto nabrało złotego koloru i tonący w nim rower, zrobił się pozłacany. Do tego doszły, ćwierkające ptaszki i zrobiło się jak w Disneyu. 

Ten dzień był jedynym taki m dniem, na całej mojej drodze w Chile. Kolejne dni nie były już tak makabryczne jak pierwszym tygodniu. większości przeważały dni pochmurne z małymi opadami. Czasami prześwitywało słońce. Dętki pękały, rower topił się w gęstym piachu i błocie. Ślizgał się na drobnych kamieniach, a ja niczym na wierzchowcu podskakiwałem na nierównościach. 

Tutaj trzeba dodać, że takiej ilości dziur jeszcze nie widziałem. Małe, duże, jedna obok drugiej, przed i za. Nijak to minąć, nijak to swobodnie przejechać.
Należało jechać powoli na najniższych biegach. Bez pośpiechu i z uwagą. Gdy przy zjeździe nabierałem prędkości, wnętrzności odlepiały mi się od kośćca, a zęby traciły plomby. Dłonie drętwiały od wstrząsów, a tyłek i okolice puchły od uderzeń. Co jakiś czas zmuszony byłem się zatrzymać, aby odsapnąć i wyostrzyć wzrok.
 
Kiedy po kilku dniach natrafiłem na pokrytą asfaltem drogę, poczułem się jak w objęciach gorącej latynoski. Na mojej twarzy zagościł błogi uśmiech.  Delektowałem się jej gładką nawierzchnią, wznoszącą się i opadającą w głębokie doliny, a moje ciało nabrało sił i wigoru. Aż się chciało jechać dalej.

Jutro rano opuszczam Coyhaique, w który zatrzymałem się aby naprawić i wyczyścić rower, jak i pozostałe rzeczy, które odmówiły posłuszeństwa.
W połowie tygodnia, powinienem się znaleźć ponownie w Argentynie i prawie aż do samego El Chalten, podążać drogą numer 40.
Written by :
Foreight_Admin
Points: 0
 
Komentarze (0)Add Comment

Napisz Komentarz
smaller | bigger

busy

Polecamy: portal społeczności dla miasta chrzanów i najbliższych okolic | wynajmij na imprezę limuzyny bydgoszcz | usługi Sprzątanie Kraków tanie i skuteczne, polecamy usługi fotograficzne fotografia ślubna tarnowskie góry i śląsk. Ćwiczenia jogi na śląsku Joga Gliwice i okolicach. A jeśli już jesteśmy przy temacie ćwiczeń to zobacz koniecznie klub sportowy katowice, zajęcia fitness, sztuki walki i relaksacyjne