ŻYCIE NA DWÓCH KÓŁKACH (Przepraszam, ale trochę muszę się pochwalić)
Jeżdzę sobie przez okrągły rok po miejskich ulicach (coraz rzadziej), podmiejskich drogach i leśnych ścieżkach. Jak co roku o tej porze, zaczyna dzwonić mój telefon, który ostatnio zawsze wożę ze sobą schowany w torebce na pasie biodrowym. Dzwoni do mnie ktoś z prasy, abym napisał coś na temat ścieżek rowerowych w Warszawie. Taki telefon od lat jest dla mnie zapowiedzią niechybnie zbliżającej się wiosny. Tym razem miało być na wesoło. Niestety, jest to zadanie prawie niewykonalne. Sytuacja rowerzystów w Warszawie, jak zresztą w całej Polsce, jest tragiczna i wbrew temu co usiłują nam wmówić zawsze optymistycznie nastawieni urzędnicy, nic nie zapowiada jej szybkiej poprawy.
Na początku lat 90-tych miałem, jak większość Polaków, dużo wolnego czasu. Poświęcałem go, jak dotychczas, jeżdżeniu na rowerze (na inny pojazd wówczas nie było mnie, z resztą, stać). Samo jeżdżenie jednak mi nie wystarczało - pomyślałem, czy nie udałoby się namówić innych do korzystania z rowerów przy dojeżdżaniu do pracy lub do szkół. Ponieważ jazda w ruchu ulicznym nie sprawiała mi specjalnej przyjemności, uciekałem z jezdni gdzie się tylko dało: na chodniki, polne drogi, ścieżki przy torach. Znalazłem mnóstwo nieznanych mi przedtem skrótów i tajemnych przejazdów.Teren rozpoznany w ten sposób stopniowo zaczął się powiększać i mogę dzisiaj śmiało powiedzieć, że objął całą Warszawę. Większość moich znajomych jeździła wówczas na rowerach szosowych z nosami przy rurach wydechowych, ja docierałem do Śródmieścia jadąc prawie cały czas wśród zieleni, śpiewu ptaków, oddychając w miarę czystym powietrzem. Dojazd z Urusa, gdzie mieszkałem, zajmował mi trochę więcej, niż pół godziny, czyli niemal tyle samo, co zatłoczonym autobusem. Ach, zapomniałem dodać, że przesiadłem się wówczas z szosówki na rower górski.Opisałem moje trasy i wysłałem do kilku warszawskich gazet. Wydrukowali. Nie wszystkie, ale kilka. Niemal nazajutrz zauważyłem większą ilość śladów opon rowerowych na mojej ścieżce. To działa – pomyślałem i wysłałem pismo do burmistrza Ochoty opisujące kłopoty rowerzystów. Odpowiedzią była propozycja szczegółowego opracowania, jak możnaby ułatwić poruszanie się rowerem po dzielnicy. Nartychmiast przystąpiłem do pracy i niemal nie wstając od komputera opracowałem z pamięci dysetrację, którą nazwałem: „Koncepcja komunikacji rowerowej dla Ursusa i Ochoty”. Moje opracowanie zostało wyróżnione na I Ogólnopolskim Konkursie pt.:„Koncepcja ruchu rowerowego w mieście” W 1995 r.
W tym samym okresie zdążyłem jeszcze opracować podobną koncepcję dla Śródmieścia, w rok później – wspólnie ze specjalistami od inżynierii ruchu: Jackiem Dobieckim i Zygmuntem Użdalewiczem – koncepcję Ogólnomiejskiego Systemu Dróg dla Rowerów –OSDR ( na zlecenie Biura Zagospodarowania Przestrzennego Zarządu miasta stołecznego Warszawy).
W 1997 r. opracowałem przebieg Kampinoskiego Szlaku Rowerowego, który jeszcze w pażdzierniku został wytrasowany i oznakowany przez Zespół Znakarski ZG PTTK, któremu przewodzi nieoceniony Gienio Kuśmierz.
W międzyczasie napisałem przewodnik kolarski po okolicach Warszawy, który ukazał się w serii: „Najlepsze wycieczki na rowerze górskim” (PPWK–Adventure, 1996).
NOWOŻYTNA HISTORIA WARSZAWSKICH ŚCIEŻEK ROWEROWYCH
POCZĄTKI
Już przed 50 laty mieliśmy w Warszawie ścieżki rowerowe wzdłuż jednej z głównych ulic. Nazywała się wówczas Świerczewskiego i stanowiła fragment Trasy WZ. Mniej więcej 40 lat temu postanowiono ją poszerzyć. W tym celu zniszczono owe ścieżki. Teraz przedstawiciel dyrekcji Zarządu Dróg Miejskich usiłuje nam wmówić, że w Warszawie nie ma tradycji jeżdżenia na rowerach. Rzeczywiście, nie ma. Jest za to tradycja niszczenia tradycji, zanim ona powstanie. Tradycja jeżdżenia na rowerach w codziennych sprawach w krajach nordyckich nie powstała z samego umiłowania przez tamtejszych ludzi ruchu na świeżym powietrzu. Jest ona konsekwencją określonej polityki władz, przez które rowerzyści są postrzegani nie jako przeciwnicy, lecz raczej jako sojusznicy w budowaniu cywilizacji w zgodzie z naturą.
POCZUCIE WYŻSZOŚCI
Jeżdżę na rowerze od kiedy pamiętam. Niemal wszystkie swoje sprawy zawodowe załatwiam w kolarskim stroju. Jakoś się wszyscy przyzwyczaili do mojego wyglądu. „Obcojęzyczni” pracownicy zagranicznych firm nie widzą w tym nic nadzwyczajnego, sami dziwią się, dlaczego tak mało Polaków robi to co ja. Nigdy się nie spóźniam na umówione spotkania, czasami przyjeżdżam nieco zmoczony, dostaję gorącą herbatę i wszystko jest od tej chwili normalne. Zdarza się niekiedy, że świeżo zatrudniona hostessa bierze mnie za kuriera (nie wiele zresztą się myli: jestem kurierem we własnej firmie). To co robię jest jednak okupione wysiłkiem i pasmemu upokorzeń, o których najwięcej powiedzieć mogą warszawscy kurierzy rowerowi. A mimo to rower daje mi poczucie wyższości nad tymi biedakami z wyboru, których mijam w ulicznych korkach.
WŁADZA
Od początku lat 90 tych biorę udział w różnego rodzaju akcjach i manifestacjach rowerzystów. Robię to mimo przeświadczenia o braku skuteczności takich działań: kończą się przeważnie niczym nie popartymi obietnicami niekompetentnych urzędników miejskich różnego szczebla. Przecież urzędnicy wykonują jedynie to, za co płaci im warszawski samorząd, a ten w większości wcale nie pragnie dróg rowerowych. Radni chcą przede wszystkim jeździć samochodami. Niektórzy z nich w dodatku chcą jeździć szybko i nie życzą sobie …„pałętających się po jezdni rowerzystów”… (usłyszałem to w zeszłym roku będąc gościem jednej z komisji Rady Warszawy). Jeśli się jednak zdarzy, że radni przeznaczą jakieś pieniądze „na ścieżki rowerowe”, urzędnicy odpowiedzialni za to zadanie zrobią wszystko, aby się nadmiernie nie napracować. Wiadomo, że koszt budowy drogi dla rowerów jest niewspółmiernie niski w porównaniu z kosztem budowy drogi samochodowej. Za niewielkie pieniądze można zbudować odcinek drogi lub trasy rowerowej wystarczająco długi, aby stworzyć fragment systemu, tzn. połączyć cele podróży, np. dzielnicę peryferyjną z śródmieściem, albo śródmieście z podmiejskim parkiem. Trzeba to jednak zrobić oszczędnie, wykorzystując i adaptując istniejącą infrastrukturą uliczną: np. szerokie chodniki, aleje parkowe biegnące równolegle do ulic, drogi osiedlowe itp. Wymaga to, niestety, dużego wysiłku organizacyjnego, a zatem i zaangażowania czasu urzędników. Ci natomiast uruchamiają w takich przypadkach swoiste mechanizmy obronne: budują jak najdrożej, np. z kostki brukowej krótki odcinek ścieżki rowerowej. Na jego należyte zabezpieczenie i oznakowanie oczywiście zabraknie funduszy. Tak stało się w Warszawie. Znakomity z wyglądu, ale kosztowny odcinek ścieżki rowerowej nad Wisłą w krótkim czasie został mocno uszkodzony przez samochody i wywrotki wywożące śnieg od Wisły. W tym samym czasie inny zespół dokonał rzeczy dotąd niemożliwej: połączył stare „gierkowskie” ścieżki: tę biegnącą wzdłuż Al. Sobieskiego z tą wzdłuż Wisłostrady. Zrobili to za ułamek sumy wydanej na kawałek nadwiślańskiego bruku.
BRAĆ SPRAWY W SWOJE RĘCE?
Po latach bezowocnych happeningów, manifestacji i dyskusji warszawscy ekololodzy wreszcie poszli po rozum do głowy i postanowili pokazać urzędnikom sposób przeprowadzenia ruchu rowerowego przez zatłoczone śródmiejskie ulice. Zrobili dokładnie to, co sugerowałem w moich poprzednich opracowaniach przez szereg i co przed rokiem wykonano między ul. Czerniakowską i Belwederską: namalowali ścieżkę rowerową białą farbą bezpośrednio na chodniku. Nowy kodeks drogowy i tak dopuszcza możliwość korzystania przez rowerzystów z chodników. Utrudniają im w tym jedynie parkujące samochody, a tych ekologom nie udało się wyrugować. Może następnym razem znajdą na nie sposób. Z pieszymi można jakoś się porozumieć, gorzej z martwym żelaztwem zawalającym całą szerokość chodnika.
OGÓLNOMIEJSKI SYSTEM DRÓG DLA ROWERÓW
W 1996 r. Wydział Zagospodarowania Przestrzennego Biura Zarządu m.st. Warszawy opracował wstępną koncepcji organizacji ruchu rowerowego w mieście, czyli tzw.: Ogólnomiejski System Dróg dla Rowerów (OSRD). Jestem jednym z twórców tego systemu. Program OSDR zakłada wybudowanie w Warszawie ponad 700 km dróg dla rowerów wzdłuż głównych ciągów komunikacyjnych. Na tym jednak nie koniec – postulujemy również wprowadzenie udogodnień dla rowerzystów na wszystkich ulicach bocznych: powinny one być otwarte dla dwukierunkowego ruchu rowerów przy ograniczeniu swobody poruszania się samochodami. Dotyczy to także stref zamieszkania, gdzie ruch wszelkich pojazdów powinien być spowolniony do 20 km/godz., a więc do przeciętnej prędkości, z jaką poruszają się rowerzyści. Udostępnione dla rowerów powinny być także wydzielone alejki w parkach i wszystkie otwarte dla rekreacji tereny zieleni.
4 RÓWNOWAŻNE SKŁADNIKI SYSTEMU
1. Drogi dla rowerów w obrębie pasa drogowego, czyli ścieżki poprowadzone w pasie drogowym z jednej, lub obu stron jezdni. W miarę możliwości powinny to być ścieżki dwukierunkowe. Powinny być odizolowane od jezdni i prowadzone tak, by ograniczyć do minimum możliwości kolizji między rowerzystów z rowerzystami, z samochodami i z pieszym. Zalicza się do nich także ciągi pieszo–rowerowe.
Wymagają odpowiedniego oznakowania pionowego i poziomego oraz skutecznego zabezpieczenia przed wjazdem samochodami przy pomocy m.in. słupków, barier i stojaków rowerowych.
2. Ulice przystosowane do wspólnego ruchu pieszych, rowerzystów i pojazdów samochodowych. Na tych ulicach zostaną zastosowane różnego rodzaju środki techniczne w celu ograniczenia prędkości wszystkich pojazdów do 20 km/godz.
3. Samodzielne ścieżki rowerowe poprowadzone w terenie niezależnie od układu drogowego, wyjeżdżone przez rowerzystów w lasach, na wałach przeciwpowodziowych, łęgach nadwiślańskich, wzdłuż torów itp. Wymagają jedynie oznakowania, na niektórych odcinkach wyrównania i ustabilizowania nawierzchni oraz zabezpieczenia przed niszczeniem przez samochody, pojazdy rolnicze i konie.
4. Strefy ruchu uspokojonego oraz tereny przystosowane do rekreacji na rowerach na których zostanie uspokojony ruch pojazdów, z prędkością 20 km/godz. Należy je tworzyć na wszystkich ulicach poza tymi, na których musi odbywać się normalny ruch pojazdów. Uspokojenia ruchu wymagają w szczególności strefy zamieszkania w dużych osiedlach mieszkaniowych, boczne ulice w dzielnicach willowych oraz na terenach zabytkowych i rekreacyjnych. Urządzenia służące uspokojeniu ruchu nie mogą przeszkadzać w jeździe na rowerach.
Artykuł był zamieszczony w piśmie „Cyklista” w 1998. Przez ostatnie lata wiele się zmieniło: wzrosła liczba osób jeżdżących na codzień na rowerach, stowarzyszenie Zielone Mazowsze bardzo aktywnie, kompetentnie i, co trzeba przyznać przy uwzględnieniu polskich realiów, nad wyraz skutecznie walczy o sprawy naszej społeczności, setki i tysiące rowerzystów spotykają się na Masie Krytycznej. Niewiele jednak zmienia sie w świadomości urządników, a poziom wiedzy projektantów i wykonawców elementów infrastruktury rowerowej wprost bije na alarm. Nadal jesteśmy znacznie bliżej Azji Środkowej niż Europy w jej prawdziwych, cywilizacyjnych granicach. Największy znak drogowy, jaki zobaczyłem po polskiej stronie Odry na przejściu w Kostrzynie był „Zakaz ruchu rowerowego” umieszczony tuż pod polskim godłem państwowym. Coś w tym jest!
Wiktor T. Nowotka
Zalesie Dolne, 8 marca 2008